środa, 15 marca 2017

"Tak! Dasz radę!", czyli o tym, że będzie dobrze

Dwa tygodnie temu napisałam post o tym, co przeszłam, jaki stan towarzyszył mi w momencie, kiedy dowiedziałam się, że mam nową towarzyszkę życia. Zacznijmy może od tego, że wszystkie rady, które znajdą się w tym poście, są jedynie zbudowane na moich przeżyciach, są moim zdaniem w tej sprawie. Wiem, że nie będą się oni tyczyć wszystkich, którzy kiedyś znaleźli się w takiej sytuacji, ale jeżeli ten post pomógłby chociaż jednej osobie, to ja będę szczęśliwa i będzie to dla mnie sukces :)

Pierwszą rzeczą, która moim zdaniem jest jedną z najważniejszych, jest to, aby w tym najtrudniejszym okresie, nie być pozostawionym samym sobie. Wiem, że wiele osób stwierdza, że nie chce przytłaczać kogoś swoimi problemami, że inni go nie zrozumieją, że być może ktoś będzie się z tych problemów śmiać... To jest naturalna rzecz, że w naszej głowie pojawiają się takie myśli. Osoba, która tak uważa, zamyka się w sobie, staje się dla innych niewidzialna. W sumie, to funkcjonuje to tak, że albo nigdzie nie wychodzi i całymi dniami z nikim nie rozmawia, albo wychodzi tylko po to, aby załatwić jakąś sprawę i jak najszybciej wrócić do domu, do swoich czterech ścian. Właściwie, znalezienie osoby, która nas wysłucha, jest chyba w tym wszystkim najtrudniejsze... Często osoba, która jest załamana, nie zauważa, że coś jest z nią nie tak. Uważa, że jest to normalne. W takich momentach, warto mieć kogoś, kto to zauważy...

Kto może być taką "dobrą duszką", której wszystko powiemy? Każdy, w dosłownym znaczeniu tego słowa. Jeżeli nie chcemy porozmawiać o problemie ze znaną osobą, dobrze jest wygadać się komuś obcemu. Ktoś, kto nas nie zna, często może być obiektywny i pomóc nam zrozumieć naszą sytuację. Można też podzielić się swoim problemem na jakimś forum, gdzie nie będziemy musieli używać swojego imienia i nazwiska. Zdarza się jednak, że ludzie w naszym otoczeniu sami zaczynają zauważać problem. W moim przypadku, taką "duszyczką", której wszystko mówiłam, była moja przyjaciółka. Potrafiłyśmy rozmawiać o tym bardzo, bardzo długo, czasami, kiedy nie mogłam spać, często budziłam ją w nocy, pisząc, że nie mogę zasnąć, czy może ze mną pogadać i tak dalej. Niestety, mieszka ona na drugim końcu Polski, więc nie mogła mnie przyjść i przytulić, kiedy tego potrzebowałam. Wiedziałam jednak, że jest i że zawsze mogę na niej polegać (z czasem na blogu pojawi się także post o przyjaźni "na odległość" :) ). Z czasem, problem zaczęły zauważać moje przyjaciółki, z którymi widywałam się bardzo często. I nie powiem, też otrzymałam od nich ogromne wsparcie. Uważam, że świetną "duszką" może być druga połówka, czy to chłopak, czy dziewczyna. Taka osoba, zna nas najlepiej i powinna nie tylko zauważyć, że coś jest nie tak, ale i starać się pomóc.

Kolejną sprawą, o jakiej nie można zapomnieć, to akceptacja siebie. Jest to cholernie ciężkie zadanie. Wiele osób nie potrafi sobie po prostu powiedzieć "Dość! Ja nie potrafię tak żyć!". Z akceptacją siebie jest dokładnie tak samo. Każda kobieta wie chyba, jak trudno jest zaakceptować np. dodatkowe kilogramy. Podobnie jest chociażby z chorobą. Większość z nich da się wyleczyć i tutaj nie ma większego problemu. Gorzej jest, kiedy będzie nam ona towarzyszyć przez kolejne lata i musimy nauczyć się z nią żyć. Co robimy w przypadku zbędnych kilogramów? Walczymy! Nie dajemy za wygraną i jak najszybciej chcemy się ich pozbyć, a radość, przy spadku wagi jest nie do opisania, prawda? Walka z Panią Ł. czy każdą inną chorobą wygląda podobnie. Walczymy i nie dajemy za wygraną, a kiedy osiągniemy cel (nawet jeżeli na krótko i będziemy musieli za jakiś czas ponownie walczyć) czujemy ogromną satysfakcję, że daliśmy radę. Najlepiej jednak, aby ktoś nam to uświadomił.

Wiecie, jak ogromne znaczenie mają słowa: "Dasz radę!", "Nie poddawaj się!"? Ogromną. Dla dziecka, które uczy się pisać, każda kolejna literka, przybliża go do idealnej kreski przy "T", czy pięknie zaokrąglonego brzuszka "B". Co wtedy robi kochająca mama? Siedzi nad swoim maluchem i powtarza do znudzenia: "Pięknie", "Napisz jeszcze jedną, będzie lepiej", "Poradzisz sobie z następną". To samo, powinna zrobić osoba, która jest tą "dobrą duszką". Wiecie, co potrzebuje osoba, która jest w takiej sytuacji? Pragnie, aby ktoś przyszedł, usiadł obok, przytulił i powiedział: "Jesteś silna! Dasz radę! Przejdziemy przez to razem!". To wystarczy. Moim zdaniem nie jest to dużo. 

Te kilka rad, to moje prywatne przemyślenia. Uważam, że problem polega na tym, że większość osób z otoczenia nie widzi tego "problemu". Podobnie było ze mną. Byłam przez długi okres sama. Nikt ze mną nie rozmawiał, nikt nie przyszedł, nie przytulił., mimo, że bardzo tego potrzebowałam :( Byłam sama. A tak niewiele wystarczyło. Wierzcie mi, że naprawdę warto, czasami rozejrzeć się wokół i zapytać cichej osóbki siedzącej samotnie w kącie: "Czy wszystko w porządku?". Na pewno nikt nie będzie miał Wam za złe tego pytania, a czasami możecie nieświadomie sprawić, że to osoba znowu zacznie żyć...

sobota, 11 marca 2017

Rozczarowanie i zaskoczenie tego tygodnia w telewizji...

Na początku chcę Wam powiedzieć, że pani Ł, dała o sobie znać i wyszła wszędzie, gdzie mogła :/ Być może jest to efekt stresu, czego bym się nie zdziwiła, bo konkurs z psychologii wywołał u mnie mega stres :/ Ale walczymy i za mam nadzieję, że za niedługo znów się rozstaniemy.
Co do konkursu, to nie przeszłam dalej, ale mam wysokie miejsce i jestem z siebie naprawdę dumna :) Dało mi to naprawdę dużo do myślenia i mam nadzieję, że nie przestanę. Poza tym, dziękuję za wszystkie kciuki <3

Kolejną sprawą, jaką chciałam Wam napisać, to przepraszam za ostatnie zamieszanie na blogu. We wtorek nie było wpisu, w środę nie miałam kompletnie pomysłu co napisać. W tym tygodniu jednak wszystko wraca do normy :) We wtorek obiecany od dwóch tygodni post jak pomóc załamanej osobie, a w piątek "(...) pozycji, którym warto poświęcić czas" :) Jeżeli ktoś więc ma czas i ochotę poczytać, to zapraszam we wtorek i piątek :)

Wracając do tematu. Tytuł dzisiejszego wpisu nie jest przypadkowy. W tym tygodniu było kilka premier, a między innymi jedna, na którą czekali chyba wszyscy fani, ale zamiast zaskoczenia, na które wszyscy czekali, zyskali spore ROZCZAROWANIE! Ja sama także się tego nie spodziewałam i miałam nadzieję do ostatniej minuty odcinka, że to tylko takie podpuszczanie. No cóż. Myliłam się. Dzisiaj więc będzie troszkę o serialu "Sprawiedliwi..." (pojawią się spojlery dla tych, którzy nie oglądali)

Zacznijmy może od tego, że cały pierwszy sezon, a przede wszystkim ostatnie odcinki były bardzo emocjonujące dla fanów jednej z par policjantów. Mowa oczywiście o Adamie i Marysi. Co tam zdanie rodziców, co tam różnica wieku... Ważne że się kochali :P A ponieważ nasi scenarzyści mają bardzo bujną wyobraźnię, czego nie da się ukryć patrząc także na inne seriale, to zakończyli z potężnym przytupem: śmierć jednej z drugoplanowych, ale jakże ważnych postaci była szokiem, ale nikt nie spodziewał się wypadku na koniec odcinka. Oczywiście od razu zaczęło się gdybanie, czy przeżyli, czy nie... Powstało parę bardzo ciekawych teorii i wszyscy czekali... Czekali w niecierpliwości na nowy sezon. Czytanie streszczeń odcinków, sprawdzanie czy może nie ma w nich nazwisk, czy imion ulubionych bohaterów. No i w końcu nadszedł ten upragniony dzień premiery, a wraz z nim... rozczarowanie. Myślę, że to nie tylko moje zdanie. W każdym razie, odcinek zaczął się od pogrzebu i wszyscy ci, którzy nie czytali streszczeń zapewne przeżyli szok, że to pogrzeb Marii. Okazało się inaczej. Ale to nic. To jeszcze w miarę do przeżycia. Nie ma to jak zakończyć sezon wypadkiem, a rozpocząć od... Właściwie to nie wiem. Chyba nikt tego nie wie... A wystarczyłby napis na początku odcinka: 3 miesiące później, czy coś... Bo tak... Zaczął się sezon, wszyscy cali i zdrowi, o wypadku dwa zdania i uwaga! Z wielkiej miłości, zostało ogromne ZERO... Nic. Nie wyjaśnione, chociaż z wypowiedzi Marii wynika, że się pokłócili, ale mimo to. Nie wiem. Zupełnie inaczej sobie to wyobrażałam. No, ale żeby nie było tak tragicznie, pojawia się w odcinku syn Adama. Od razu robi się ciekawiej, chociaż nie... Jednak nie... Mam nadzieję, że w ciągu kilku odcinków przynajmniej część rzeczy się wyjaśni, bo jak nie, to stwierdzę, że z naprawdę dobrego serialu, zrobili dno... A największą głupotą, jaka mogła być, było urwanie odcinka w połowie... Tak po prostu. Wiem, że kontynuacja będzie w poniedziałek, ale nawet Amerykanie potrafią napisać "TO BE CONTINUED". Nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Nie skreślam tego serialu, ale mimo to wszystko, jestem zawiedziona, bo liczyłam na coś więcej. Nawet śmiać mi się nie chciało z tekstów Bolka...

Ale skoro było rozczarowanie, to musi być też zaskoczenie :D

Nigdy jakoś nie mam czasu oglądać programów w telewizji. Najgorsze jest to, że często po prostu lecą w późnych godzinach, kiedy albo się uczę, albo śpię :D Dobrze, że jeszcze tvnplayer funkcjonuje. Zawsze lubiłam oglądnąć sobie "Ostre cięcie" na TTV. Więc postanowiłam, że dla odstresowania pooglądam sobie kilka odcinków. Skończyło się na 4 sezonach :D I żeby nie było, że się nie uczę ani nic :P Bo jak się uczyłam do konkursu to musiałam sobie robić przerwy :) I właśnie tak one wyglądały. Cały program prowadzony jest przez dwóch fryzjerów: Andrzeja Wierzbickiego i Tomasza Schmidt'a. Polega na tym, że pomagają salonom fryzjerskim z całej Polski odbić się od dna. Nie zawsze się to udaje, ale jest na co popatrzeć :) Czasami winne wszystkiemu są konflikt, często brak umiejętności. Co Wam mogę powiedzieć. U fryzjera nie byłam już... Parę ładnych lat. Eksperymentowałam z włosami gdy miałam kilka lat. Miałam włosy ścinane na boba, miałam asymetrie, właściwie chyba większość takich krótkich fryzur. Później zaczęłam zapuszczać i nie żałuję na dzień dzisiejszy. Nawet wiem, że nie zetnę włosów, chociaż często zastanawiałam się, jakby mi było w jakiejś innej fryzurze. I co? Chciałam jakiś czas temu zmiany, to zrobiłam. A właściwie wszystko jest dziełem mojej mamy, która dba o moje "kłaczki" :D Jestem jasną blondynką :D Jak wiecie nie wiążę włosów, więc zależy mi, żeby mieć piękne włosy, i nie musieć ich zawsze prostować. Naturalne mam kręcone (zrobię post o tym jak o nie dbam itd, bo myślę, że jest to ciekawy temat, tym bardziej, że poświęcam im bardzo dużo czasu i uwagi) i zależy mi, żeby były idealne i miały przepiękny skręt. Kiedy tak oglądałam sobie ten program, to mam podobnie jak moi rodzice z "Kuchennymi Rewolucjami" :D Przestali chodzić do restauracji :P No dobra.. Złożyło się na to kilka żenujących epizodów, ale cóż. Ja jakoś dopóki nie będę musiała, to nie pójdę do fryzjera. A jeżeli już, to chyba będę szukała naprawdę polecanego salonu, żeby oddać moje kłaczki w ręce kogoś, kto o nie zadba, a nie zniszczy <3 W każdym razie. Polecam ten program, nie tylko osobom które mają coś wspólnego z fryzjerstwem (można parę rzeczy podpatrzeć), ale także tym wcale nie związanym, którzy szukają jakiś wskazówek jak np. dbać o włosy :)

niedziela, 5 marca 2017

Kilka pozycji, którym warto poświęcić czas...

Z lekkim poślizgiem, spowodowanym przygotowaniami do turnieju psychologicznego, który będzie miał miejsce we wtorek, wracam do Was z postem, który miał ukazać się w piątek :) Niestety przez natłok obowiązków, a także warsztaty dziennikarskie, nie miałam czasu, żeby coś napisać, a kiedy próbowałam, to mój telefon wylądował w kieszeni księdza (tak się kończy próba pisania postów na religii :D ). Ale wracając do tematu :) Dzisiaj, jako że to pierwszy post z serii postów z propozycjami książkowymi, serialowymi czy filmowymi, chciałabym, troszkę pomieszać. Będzie coś zarówno z literatury, jak i z telewizji, a także z historii kina coś się znajdzie :D Nie będzie to jednak jakiś bardzo długi post, ponieważ muszę wracać do czytania literatury konkursowej (mam nadzieję że kciuki będziecie trzymać) :)

Na pierwszy ogień pójdzie... literatura :)
(żeby nie było. Ostatnio czytam naprawdę masę książek i nie jest to moja ulubiona książka, ale jedna z tych, którym na prawdę warto poświęcić czas :) )

1. "BEZ MOJEJ ZGODY"-Jodi Picoult

Krótko, zwięźle i na temat, chociaż nie wiem, czy o tej książce się da. Kilka lat temu oglądałam film. Uważałam, iż jest to jeden z lepszych filmów, chociaż jeżeli chodzi o tą tematykę, jest dużo lepszych. Nie brałam się za książkę z prostych powodów. Bałam się, że film jest jej dokładnym odwzorowaniem. Mogłabym Wam napisać długi post dotyczący różnic między filmem i książką, ale napiszę tylko jedno: przeżyłam szok. Nie pamiętam książki, która wywołała we mnie tyle emocji i przemyśleń, że jeszcze długo po jej zakończeniu nie mogłam wyrzucić jej z głowy. Mając na myśli film napisałabym: "Poruszająca historia dziewczynki, która musi podjąć najcięższą decyzję: zdecydować o śmierci siostry". O książce nie da się tak powiedzieć. To nie tylko historia walki Kate o zdrowie, czy ciężka decyzja Anny. To także historia poszukiwania miłości rodziców, której jedenastoletnia dziewczynka nigdy nie doświadczyła. Zaskoczeniem dla tych którzy oglądali film, będzie pojawienie się Juli-ukochanej adwokata sprzed lat, a także nowy wątek. Historia miłości, która pokazuje, że jeśli się kogoś kocha, to nie tylko jest się z nim w najgorszych momentach, ale jest się w stanie czekać na niego długie lata i nie zapomnieć...
Cóż więcej mogę powiedzieć... Na długie weekendowe wieczory-IDEALNA!

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy lubią, czy też mają czas na czytanie, więc pora na coś z kategorii telewizyjnej :)
(ostatnio wspominałam Wam o rewelacyjnym serialu "SPRAWIEDLIWI-WYDZIAŁ KRYMINALNY". Dla oglądających, przypominam o zbliżającej się premierze drugiego sezonu, już 8 marca!!! Kto wie, może jakiś post po emisji? :) )

2. "WIKTORIA"-serial brytyjski (aktualnie emitowany przez TVP)

Stwierdzam, iż oglądam za dużo seriali... Ale to dobrze :D Będzie o czym pisać :) Wracając do tematu. Czekałam na ten serial bardzo długo. Odcinki oglądałam nawet w wersji oryginalnej, bez tłumaczenia. Opowiada on historię królowej Wiktorii, od objęcia przez nią tronu Anglii w wieku 18 lat do... no właśnie. Tutaj jest pytanie, bowiem I sezon zakończył się na narodzinach pierwszej córki, Wiktorii. Właściwie, jest on wyjątkowy w całej swojej okazałości. Każdy odcinek dopracowany, świetnie dobrani aktorzy (w roli Wiktorii-Jenna Coleman/w roli Alberta-Tom Hughes/a także wiele innych wspaniałych), a nawet stroje uszyte na bazie prawdziwych. Krótko mówiąc-aż chce się oglądać! Początkowo jednak nie mogłam przekonać się do księcia Alberta. Wydawał mi się... dziwny. Może dlatego, że przed oczami wciąż miałam świetnie wykreowaną postać Ruperta Frienda z filmu "Młoda Wiktoria", który oglądałam setki razy :D Ale nie o tym. Każdy, kto zna biografię królowej Wiktorii, a także niezwykłą historię jej miłości do księcia Alberta, musi oglądnąć ten serial. Przynajmniej kilka odcinków :) Niektóre sceny, a także towarzysząca im muzyka, na długo zagoszczą w waszej głowie :)
Jeżeli chodzi o mnie, z niecierpliwością czekam na kolejny sezon :) Mam nadzieję, że zachwyci mnie tak samo jak pierwszy...

Nadszedł czas, aby poświęcić chwilę nowinkom kina :) Bowiem dzisiaj nie będę pisała o filmie sprzed kilku lat, a o jednym z znajdujących się obecnie w repertuarze :) Kto wie, może ktoś się wybierze?

3. "PORADY NA ZDRADY"-komedia 2017r.

Kto z nas po zdradzie nie chciałby dokopać chłopakowi/dziewczynie? Chyba każdy. Ten kto to przeżył wie, z czym to się wiąże. Wiedzą o tym też dwie kobiety: Kalina (w tej roli Magdalena Lamparska) oraz Fretka (Anna Dereszowska). Jedna, odkrywa zdradę narzeczonego w dniu ślubu, druga nakrywa swojego mężczyznę w samochodzie z inną. Obie koniec końców postanawiają pomóc innym kobietom, które zastanawiają się czy ich mężczyźnie ich nie okłamują-zostają "testerkami wierności". Oczywiście wraz z rozwijającą się akcją, pojawiają się także obiekty westchnień dziewczyn :) Nie będę jednak zdradzać szczegółów, bo po co iść do kina? :D Ogólnie rzecz ujmując: przyjemna, lekka komedia, z gwiazdorską obsadą i ciekawą historią. Warto wybrać się do kina, póki jeszcze leci :D

Na dzisiaj to chyba wszystko :) Mam nadzieję, że ktoś skorzysta z moich propozycji. Kolejny post będzie bardziej ukierunkowany na literaturę, film bądź serial :) Dzisiaj z braku czasu, a także z racji tego, że to pierwszy taki post, jest misz-masz wszystkiego :D Od czasu do czasu będę także zamieszczać aktualności kinowe (przede wszystkim w tym miesiącu, ponieważ jest kilka ciekawych pozycji), które mogą się wyróżniać :) Nie wiem co pojawi się w piątek. Być może pięć filmów. Nie wiem czy zrobię już podział na dramaty, komedie itd, ponieważ muszę to sobie najpierw wszystko ładnie poukładać. Być może piątek będzie również poświęcony serialowej premierze, czyli "Sprawiedliwym..." (jak już wspominałam). Wszystko się okaże :)
Będzie mi miło, jeżeli i wy podacie swoje propozycje w komentarzach :) A może Wy macie jakąś ciekawą propozycję, której mogłabym poświęcić swój czas? :D

środa, 1 marca 2017

Gdy przyjdą ciężkie chwile, czyli parę słów o załamaniu...

Z racji tego, że tydzień temu było troszkę luźniej (wiadomo-seriale, filmy i te sprawy :) ), dzisiaj przyszedł czas na post, w którym poruszę coś, o czym nie łatwo mi mówić. W moim pierwszym poście zdradziłam Wam tajemnicę, o której mówię niewielu osobom z mojego otoczenia. Dzisiaj nawiążę do niego, ponieważ chciałabym poruszyć temat najtrudniejszego okresu, który dotyka wielu osób.

Kiedy dowiedziałam się o tym, że pani Ł. postanowiła na stałe zagościć w moim życiu, nastał jeden z najgorszych okresów. Przed diagnozą pocieszałam się, że to może jednak coś innego, więc nie stresowałam się aż tak bardzo. Jednak u lekarza puściły mi nerwy-załamałam się. Na szczęście były wtedy wakacje. Nie chcę myśleć, co działoby się ze mną, jeżeli taka sytuacja miałaby miejsce w roku szkolnym. Wróciłam do domu, położyłam w łóżku i kompletnie nie chciałam z nikim o tym rozmawiać. Chociaż nie.. Chciałam porozmawiać z pewną najbliższą mi osobą, ale nie zrozumiała mnie. Stwierdziła że przesadzam, że nic mi się nie dzieje. Krótko mówiąc-nie otrzymałam od niej wsparcia, którego w tamtym momencie tak bardzo potrzebowałam. Chciałam, żeby przyszła, przytuliła, ale nic takiego nie miało miejsca. Być może to również wpłynęło na to, jak bardzo się załamałam.
Czułam, że jestem pozostawiona sama sobie, że nie mam wpływu na to jak się czuję. Słysząc o łuszczycy, łzy napływały mi do oczu, chciałam uciec w kąt, zamknąć się w pokoju. Moim najlepszym przyjacielem stała się poduszka, w którą wylałam morze słonych kropel. Trwało to kilka długich tygodni. Później na chwilę czułam się nieco lepiej, jednak wszystko wróciło, gdy pani Ł. zagościła na moich rękach, nogach.

Teraz, z perspektywy czasu zastanawiam się, czy musiało tak być? Czy nie dało się temu jakoś zapobiec? Czy te kilka miesięcy, ponieważ tyle czasu zajęło mi uporanie się ze sobą, musiało minąć, abym to zrozumiała?

TAK. W moim przypadku potrzebowałam dużo więcej czasu. Myślę, że ogromny wpływ miało również to, że byłam z tym sama. Nie miałam obok nikogo, kto by mnie przytulił, powiedział, że dam sobie z tym radę, że wszystko się ułoży. Oczywiście, moje przyjaciółki po czasie zaczęły zauważać, że coś jest ze mną nie tak, że nie jestem tą samą osobą, którą byłam wcześniej. Przestałam wychodzić z nimi do kina, teatru czy na jakikolwiek spacer. Chyba trzeba powiedzieć sobie wprost: patrzyłam na świat przez pryzmat pani Ł.  Nadszedł jednak czas, gdy powiedziałam sobie STOP!

Zaczęłam żyć od nowa. Nie byłam już tą samą osobą, co przed tym jakże trudnym okresem. Zmienił się mój pogląd na świat. Oczywiście, ciągle mam jakieś załamania, chwile grozy... Ale zaczynam sobie z tym radzić i z czasem jest coraz lepiej :) Każdy, kto przeżył coś takiego wie, jakie to trudne. Jak wiele siły trzeba w sobie mieć, żeby przezwyciężyć ten stan, w jakim się znalazło. Ja daje radę, choć ani pani Ł. ani depresja nie dają za wygraną...

A już za tydzień zapraszam Was na kolejny post o tym, jak uporać się z załamaniem :) Tym razem będzie mowa o tym, co może pomóc nam poradzić sobie z tym stanem i zacząć znów żyć :)