środa, 1 marca 2017

Gdy przyjdą ciężkie chwile, czyli parę słów o załamaniu...

Z racji tego, że tydzień temu było troszkę luźniej (wiadomo-seriale, filmy i te sprawy :) ), dzisiaj przyszedł czas na post, w którym poruszę coś, o czym nie łatwo mi mówić. W moim pierwszym poście zdradziłam Wam tajemnicę, o której mówię niewielu osobom z mojego otoczenia. Dzisiaj nawiążę do niego, ponieważ chciałabym poruszyć temat najtrudniejszego okresu, który dotyka wielu osób.

Kiedy dowiedziałam się o tym, że pani Ł. postanowiła na stałe zagościć w moim życiu, nastał jeden z najgorszych okresów. Przed diagnozą pocieszałam się, że to może jednak coś innego, więc nie stresowałam się aż tak bardzo. Jednak u lekarza puściły mi nerwy-załamałam się. Na szczęście były wtedy wakacje. Nie chcę myśleć, co działoby się ze mną, jeżeli taka sytuacja miałaby miejsce w roku szkolnym. Wróciłam do domu, położyłam w łóżku i kompletnie nie chciałam z nikim o tym rozmawiać. Chociaż nie.. Chciałam porozmawiać z pewną najbliższą mi osobą, ale nie zrozumiała mnie. Stwierdziła że przesadzam, że nic mi się nie dzieje. Krótko mówiąc-nie otrzymałam od niej wsparcia, którego w tamtym momencie tak bardzo potrzebowałam. Chciałam, żeby przyszła, przytuliła, ale nic takiego nie miało miejsca. Być może to również wpłynęło na to, jak bardzo się załamałam.
Czułam, że jestem pozostawiona sama sobie, że nie mam wpływu na to jak się czuję. Słysząc o łuszczycy, łzy napływały mi do oczu, chciałam uciec w kąt, zamknąć się w pokoju. Moim najlepszym przyjacielem stała się poduszka, w którą wylałam morze słonych kropel. Trwało to kilka długich tygodni. Później na chwilę czułam się nieco lepiej, jednak wszystko wróciło, gdy pani Ł. zagościła na moich rękach, nogach.

Teraz, z perspektywy czasu zastanawiam się, czy musiało tak być? Czy nie dało się temu jakoś zapobiec? Czy te kilka miesięcy, ponieważ tyle czasu zajęło mi uporanie się ze sobą, musiało minąć, abym to zrozumiała?

TAK. W moim przypadku potrzebowałam dużo więcej czasu. Myślę, że ogromny wpływ miało również to, że byłam z tym sama. Nie miałam obok nikogo, kto by mnie przytulił, powiedział, że dam sobie z tym radę, że wszystko się ułoży. Oczywiście, moje przyjaciółki po czasie zaczęły zauważać, że coś jest ze mną nie tak, że nie jestem tą samą osobą, którą byłam wcześniej. Przestałam wychodzić z nimi do kina, teatru czy na jakikolwiek spacer. Chyba trzeba powiedzieć sobie wprost: patrzyłam na świat przez pryzmat pani Ł.  Nadszedł jednak czas, gdy powiedziałam sobie STOP!

Zaczęłam żyć od nowa. Nie byłam już tą samą osobą, co przed tym jakże trudnym okresem. Zmienił się mój pogląd na świat. Oczywiście, ciągle mam jakieś załamania, chwile grozy... Ale zaczynam sobie z tym radzić i z czasem jest coraz lepiej :) Każdy, kto przeżył coś takiego wie, jakie to trudne. Jak wiele siły trzeba w sobie mieć, żeby przezwyciężyć ten stan, w jakim się znalazło. Ja daje radę, choć ani pani Ł. ani depresja nie dają za wygraną...

A już za tydzień zapraszam Was na kolejny post o tym, jak uporać się z załamaniem :) Tym razem będzie mowa o tym, co może pomóc nam poradzić sobie z tym stanem i zacząć znów żyć :)

2 komentarze:

  1. Depresja.... Też się z tym mierzyłam.... Najważniejsze jest to, aby mieć wsparcie w najbliższych ci osobach :) Znam osobę, która też "przyjaźni się" z panią Ł... Nie mogę się doczekać kolejnych postów :D Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda :) Wsparcie osób bliskich jest niezwykle ważne, a jeżeli się go nie ma, to jest o wiele trudniej :(
      Cieszę się, że zaglądasz <3
      Pozdrawiam :)

      Usuń