środa, 2 sierpnia 2017

Mam kaprys, czyli... recenzja kosmetyków BELL HYPOALLERGENIC

Hej kochani! Wiem, ze dość dawno mnie tu nie było, ale... przez przypadek usunęłam sobie post dla Was... :( Byłam wściekła, no ale cóż zrobić. Zdarza się... Postanowiłam więc go odtworzyć od nowa... I chyba się udało :D Zapraszam :)

Moja kolekcja kosmetyków Bell HypoAllergenic
Zacznę może od tego, że mam bardzo wrażliwą skórę twarzy, a do tego jestem alergiczką. Wiele kosmetyków mnie niestety uczula, a najbardziej na twarzy. Nie mogę nawet używać pewnego kremu dla dzieci na zimne dni. Smaruje się nim niemowlaki, a mnie uczula... I gdzie tu sprawiedliwość?! Tak gdzieś do trzeciej klasy gimnazjum, malowałam się delikatnie (mam na myśli podkreślenie rzęs i delikatna szminka). Długo tak było, ale w liceum niestety zostałam postawiona pod murem w momencie, kiedy dostałam rolę w serialu. Nie chciałam ryzykować makijażu kosmetykami na planie, których nie znam, gdyż nie miałam pojęcia jak się zachowa moja skóra, a ryzykować, no trochę głupi pomysł... Mama zabrała mnie więc na zakupy. Wiecie co.. Wolę sobie nie przypominać, ile wtedy wydałam na raz, ale znalazłam swoich ulubieńców, którzy goszczą w mojej kosmetyczce do dziś :)


Fluid multifunkcyjny (krem BB), 24,99 zł

Zacznę od kosmetyków do makijażu twarzy, choć rzadko to robię, Krem BB który tutaj widzicie był ze mną od samego początku i mogę na jego temat sporo powiedzieć. Posiadam odcień NATURAL 02, czyli jeden z jaśniejszych. Przyznam szczerze, że poza planem używałam go raptem kilka razy, ale plan był dla niego prawdziwym testem wytrzymałości. Za pierwszym razem nie miał dużego wyzwania-po prostu wytrzymać cały dzień. Natomiast następnym razem miał bardzo podwyższoną poprzeczkę. Po pierwsze, był piekielny upał, co nie było łatwe dla żadnego podkładu. Ten krem bardzo ładnie sobie jednak poradził, zapewniając dość ładne krycie. Nic nie spływało, mimo prażącego słońca, nie marszczył się, a przede wszystkim przetrwał cały dzień bez poprawek :) Ma dość gęstą konsystencję i trzeba porządnie go rozprowadzić, bo każda nierówność jest niestety widoczna.


Fluid dopasowujący się do twarzy, 26,99 zł

Krem BB ma sporą konkurencję, bowiem ostatnio w moje łapki wpadł fluid z tej samej firmy. Przyznam szczerze, że od pierwszego użycia stał się moim ulubieńcem. Posiadam odcień TRUE NATURAL 02. Ma nieco mniejsze krycie niż krem, jest dość rzadki, dlatego często spływa z ręki, co nie jest zbyt komfortowe. Za to bardzo ładnie prezentuje się na twarzy i faktycznie dopasowuje się do skóry. W przeciwieństwie do jego poprzednika jest na twarzy wręcz niewyczuwalny. Niestety ma też słabsze krycie, dlatego polecałabym go raczej dziewczynom, które nie mają za dużych problemów z cerą. Dla mnie jest idealny. Wytrzymuje bez problemu cały dzień i noszę go samego, bez pudrów i innych kosmetyków. Co do wydajności nie mam jakichkolwiek zastrzeżeń. Zwykle na cały makijaż zużywam półtorej do dwóch pompek :) Opakowanie porządne i całkiem ładne, ale po każdym użyciu należy je wyczyścić bo bardzo łatwo się brudzi.


Puder matujący, 18,99 zł

Puder jest ze mną od samego początku. Ciągle ten sam w odcieniu 03, jednak już drugie opakowanie. Pierwsze niestety upadło i końcówka pudru się rozsypała. Zacznijmy może od opakowania. Trzeba przyznać, że jest całkiem porządne. W środku ma lusterko, co pozwala nam poprawić makijaż w każdej chwili. Wrzucane do torebki jeszcze nigdy się nie połamało. Jak widać na zdjęciu w środku znajdziemy także gąbeczkę, którą całkiem przyjemnie nakłada się produkt. Co do samego pudru, ma on bardzo delikatną formę, która świetnie prezentuje się na twarzy. Jest delikatnie odczuwalny, ale czułam się w nim naprawdę komfortowo. Co ważne, to to, że nawet po kilku warstwach, nie tworzy tak zwanej "maski" na twarzy, tylko prezentuje się idealnie cały dzień. Aktualnie używam go także jako pomoc przy makijażu oczu (przy blendowaniu cieni) i także sprawdza się doskonale. Warto zaznaczyć, że nawet w trzydziestostopniowym upale trzymał się bardzo ładnie. :)


Zestaw do stylizacji brwi, 17,99 zł


Teraz przejdźmy do kolejnej części makijażu, czyli brwi. Muszę się przyznać, że w tym temacie szkolę się od niedawna, jednak ten zestaw daje radę. W opakowaniu znajduje się wosk, dwa cienie (jeden jaśniejszy, drugi ciemniejszy), malutki pędzelek (którym nakłada się komfortowo produkt tylko przez kilka pierwszych tygodni, po czym się "rozdziabia" i do niczego nie nadaje) oraz szczoteczkę, a po drugiej stronie znajdziemy sporych rozmiarów lusterko, co jest bardzo pomocne. Zarówno z woskiem, jak i bez prezentują się pięknie przez cały dzień. W moim wypadku jest jeden mały problem. Żadna paletka nie posiada cieni idealnych dla mnie. Są one albo za ciemnem albo za jasne. Kiedy pomieszam oba kolory w paletce, wyglądają ładnie, ale niestety oba na raz. Miałam opakowanie 01, a na zdjęciu prezentuję wam 02. Jeżeli ktoś zaczyna, lub chce zacząć swoją przygodę z brwiami, to ten produkt jest idealny <3


Cienie do powiek, 17,99 zł

Teraz troszkę pomarudzę. Dlaczego? Ponieważ te cuda niestety nie spełniły moich oczekiwań :( W sklepie przyciągnęły mnie przepiękne kolory, delikatna konsystencja, a także dopasowanie do siebie. Opakowanie ładne, cienie wyglądają naprawdę fajnie, no ale to chyba na tyle. Niestety mimo wielu prób, na mojej powiece są prawie niewidoczne. Mocno się osypują, rozcierają się dość ładnie, ale ich pigmentacja pozostawia wiele do życzenia :/ Nie skreślam ich całkowicie, ponieważ do makijaży dziennych, które są bardzo delikatne, spisują się idealnie. Nie wymagam od nich szokującej trwałości, ale nie rozmazują się w ciągu dnia i nie zbierają na powiece. Myślę, że fajne będą dla osób zaczynających przygodę z makijażem, a także dla tych mało wymagających :)

Pudrowa pomadka do ust, 17,99 zł
Czas na mój hit tego lata. Przedstawiam Wam pudrową matową pomadkę do ust w odcieniu 05. Nie wiem co mogłabym o niej powiedzieć. Dla mnie jest wprost idealna. Jeżeli chodzi o kolor jest to czerwień w odcieniu różu. Na ustach prezentuje się fantastycznie, przede wszystkim w połączeniu z delikatnym makijażem oczu. Ma rewelacyjną konsystencję, wspaniale nakłada się na usta, ale i nosi. Jest dość cienka, łatwo ją schować do torebki. Trwałość ma bardzo dobrą, wytrzymuje cały dzień z drobnymi poprawkami. Najlepsza matowa pomadka jaką miałam. Polecam z całego serduszka!

Pomadka w kredce, 15,99 zł
Na koniec prezentuję Wam mój faworyt jeżeli chodzi o tą firmę i pomadki. Kocham szminki (jeszcze tego nie wiedzieliście, ale moja kolekcja szminek jest naprawdę spora :D ), a ta jest super. już ponad rok jej używam, wiec jest na wykończeniu, ale mogę polecić każdemu. Rewelacyjnie rozprowadza się na ustach, które po zaaplikowaniu jej nie lepią się ani nic. Ma wspaniałą gamę kolorystyczną, niestety nie powiem wam jaki to numerek (podejrzewam 04, ale nie dam sobie ręki uciąć). Wymaga poprawek w ciągu dnia ale nie jest to problemem, gdyż możemy to zrobić nawet bez lusterka. Jest wspaniała zarówno na upalne, letnie dni, jak i na te mroźne, zimowe.




To by było na tyle z mojej obecnej kolekcji. Kiedyś posiadałam także rozświetlacz, który był absolutnym hitem, jednak nie używałam go in oddałam mojej mamie, która jest nim zachwycona. Kolejnym rewelacyjnym produktem są tinty do ust. Testowałam wszystkie kolory i byłam zachwycona. Pomalowałam raz, a usta pozyskiwały kolor na cały dzień. Mogłam bez problemu aplikować bezbarwną pomadkę, która sprawiała, że usta się nie kleiły. Ogólnie te produkty mają to do siebie, że absolutnie nie uczulają. Mogę używać ich bez najmniejszego problemu i bez obaw, że coś mi się pojawi na twarzy. Ta marka jest w 100% dla mnie i polecam ją wszystkim alergikom.

A wy testowaliście już jakieś produkty tej marki? Zapraszam do dzielenia się opiniami w komentarzach :)

(ceny produktów mogą się nieco różnić od podanych. Aktualnie na wybrane produkty tej marki trwa w Hebe promocja :) Zajrzyjcie, bo naprawdę warto!)

Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl
Snap: Wikusia_blog
Fanpage: Kolorowe życie Wikusi -Facebook

środa, 19 lipca 2017

13 POWODÓW... czyli jak ja to widzę (spojlery)

W ostatnim czasie, jednym z najpopularniejszych seriali, nie tylko wśród młodzieży jest "13 powodów". Tak. Ja także oglądnęłam serial, a nawet przeczytałam książkę. Myślę, że nie będzie to recenzja jak wszystkie, bowiem nie chcę skupiać się na historii, którą pewnie doskonale znacie. Od czegoś jednak trzeba zacząć.

Myślę, że dla tych którzy nie czytali i nie oglądali tego serialu nie będzie spojlerem, że główna bohaterka, Hannah Baker, popełniła samobójstwo. Dowiadujemy się o tym już na samym początku. Wszyscy, którzy kiedykolwiek ją znali, zadają sobie pytanie: "DLACZEGO?". Problem polega na tym, że nawet rodzice dziewczyny nie znają powodu, przez który ich córka odebrała sobie życie. Hannah nie zostawiła po sobie listu, wiadomości, nic...  Do czasu...
Cała historia zarówno w książce, jak i w serialu, zaczyna się od tego, że drugi główny bohater, Clay Jensen, znajduje przed drzwiami do pokoju paczkę. Pudełko bez nadawcy, zaadresowane na jego nazwisko, a w nim siedem kaset magnetofonowych.

"Siema dziewczyny i chłopaki! Mówi Hannah Baker. Na żywo i w stereo."

Tymi słowami daje nam się poznać nasza samobójczyni. Dzięki tym kasetom, odkrywamy wraz z Clay'em trzynaście powodów, które sprawiły, że Hannah postanowiła odebrać sobie życie. Zaczyna się od dość błahych problemów, które ma w okresie dorastania właściwie każdy. Pierwsze zauroczenia, pocałunki, rozczarowania "prawie" dorosłym życiem. Jadnak to dopiero początek. Z każdą stroną odkrywamy kolejną tajemnicę skrywaną przez dziewczynę. Te błahe problemy, zapoczątkowały łańcuch zdarzeń i problemów, które przerosły Hannah.

Zarówno książka, jak i serial, jest czymś, na co warto zwrócić uwagę niezależnie od wieku. Nie iem, na co bym oddała swój głos, gdyby ktoś kazał mi wybierać. Oczywiście, wiadomo, że serial jest jedynie na podstawie książki, a nie jej idealnym odwzorowaniem. Gdybym miała porównywać, to zarówno w książce jak i w serialu nie ma typowego podziału na rozdziały czy odcinki. Śledzimy historię według kaset, co jest naprawdę świetne. Każda kaseta skupia się na jednej osobie, która zawirowała światem dziewczyny a nieraz odwróciła go o sto osiemdziesiąt stopni. Zarówno w książce, jak i w serialu główna bohaterka popełnia samobójstwo. Różni się jednak sposób w jaki to robi. Serial jest bardziej drastyczny, ale jednocześnie prawdziwy. Występują w nim także wątki poboczne, jak sprawa w sadzie założona przez rodziców dziewczyny, przeciwko szkole czy problemy bohaterów kaset. W książce tego nie ma. Jest minimalna ilość dialogów, zwykle pomiędzy Clay'em a jego mamą lub Tonym (posiadaczem drugiego kompletu). W większości, książka zawiera treść kaset, przeplataną myślami Clay'a. Cała akcja książki zamyka się w 24 godzinach, natomiast w serialu rozłożona jest na kilka dni. Na ekranie widzimy także, jak Clay nagrywa ostatnią stronę kasety, która była pusta. W książce natomiast, na czternastej stronie padają ostatnie słowa Hannah: "Dziękuję". 

Jeżeli chodzi o mnie, postanowiłam poświęcić czas tej historii z dwóch powodów. Po pierwsze, zastanawiałam się, co może popchnąć osobę do takiego czynu. Dlaczego zdrowa, piękna, młoda dziewczyna połyka tabletki czy podcina sobie żyły. Bardzo podobały mi się w książce rozważania Hannah, gdzie wyznaje jak często myślała o tym, w jaki sposób zakończy swoje życie.

"Jutro wstanę, ubiorę się i pójdę na pocztę. Tam wyślę Justinowi Foleyowi zestaw taśm magnetofonowych. Potem nie będzie już odwrotu. Pójdę do szkoły, choć spóźnię się na pierwszą lekcję, i spędzimy razem jeszcze jeden dzień. Tyle tylko, że ja będę wiedziała, że to ostatni. Wy nie.
(...)
I będziecie mnie traktować tak, jak zawsze mnie traktowaliście. Czy pamiętacie ostatnią rzecz, którą mi powiedzieliście?
(...)
Ostatnią, którą mi zrobiliście?
(...)
I jakie były moje ostatnie słowa do was? A możecie mi wierzyć: Kiedy je wypowiadałam, wiedziałam, że są ostatnie."

No właśnie. Czy ktokolwiek z nas, mówiąc coś do kogoś, zastanawia się nad tym, że być może są to ostatnie słowa wypowiedziane do tej osoby? Że ten ktoś, być może już nigdy nie przejdzie obok nas korytarzem, nie powie "Cześć!", czy też nie poczęstuje nas kawałkiem czekolady. Założę się, że nikt z Was o tym nigdy nie myślał. Przecież dla nas to takie normalne, że na drugi dzień wstaniemy, ubierzemy się, zjemy śniadanie i pójdziemy do pracy czy szkoły, w której czekać na nas będą te same osoby, które widujemy na co dzień. A co, gdyby jutra miało nie być?
Sama nigdy nawet nie myślałam o tym, aby odebrać sobie życie. Jestem osobą, która mimo problemów, nigdy nie cięła się i nie miała myśli samobójczych. Niestety, jestem też koleżanką dziewczyny, której się nie udało... Właściwie, powinnam napisać, że "byłam", ale jakoś tak dziwnie mówić o niej w czasie przeszłym, mimo, iż to wydarzenie miało miejsce parę ładnych lat temu. Wtedy, byłam cztery lata młodsza od niej. W tym momencie jestem już dwa lata starsza i wciąż nie rozumiem. Czasami zastanawiam się, gdzie by teraz była. Jakie studia by wybrała, czy byłaby już mężatką... Jak wyglądałoby jej życie, gdyby wtedy nie postanowiła go sobie odebrać... Nigdy nie znajdę odpowiedzi na to pytanie. Oczywiście zupełnie inaczej przyjmuje się do świadomości odejście koleżanki przez odebranie sobie życia, a na przykład śmierć w nieszczęśliwym wypadku. Jednak w każdym przypadku pojawia się jedno, proste pytanie, na które nie zawsze umiemy znaleźć odpowiedź... 

Dlaczego...

Piszcie śmiało w komentarzach, gdyby ktoś chciał pogadać, albo na maila, czy snapie. Wszystko czytam i odpowiadam. Ściskam...
(wszystkie cytaty pochodzą z książki Jay'a Ashera "13 powodów")
Fanpage: https://www.facebook.com/Kolorowe-życie-Wikusi-227836064374205/
Snapchat: Wikusia_blog
Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl

sobota, 8 lipca 2017

Tiki... czyli coś z czym można walczyć i wygrać CZ.II

Nie chcę, żebyście zbyt długo czekali na dalszą część historii, a że chciałabym dzisiaj Wam przekazać całość, to piszę :) Ostatnio skończyłam na tym, że w podstawówce nie miałam łatwego życia. Jednak to właśnie wtedy udało mi się znaleźć pomoc. Zresztą, zupełnie przez przypadek.

W szkole podstawowej miałam spore problemy z ortografią (tak, wiem, śmieszne, zważywszy na to, że już wtedy pisałam opowiadania). Wiadomo z czym to się wiąże: każde dyktando-bania, każde wypracowanie-obniżona ocena za ortografię. Co z tego, że moje wypracowania były świetne, jeżeli chodzi o treść, skoro ortografia i interpunkcja leżała... Moja wychowawczyni skierowała mnie w związku z tym do poradni prsychologiczno-pedagogicznej. Nie będę Wam opisywać tego, jak to wygląda, może kiedyś poświęcę na to osobny post (jeżeli będziecie chcieli), w każdym razie pani stwierdziła, że nie mam absolutnie dysortografii. Dostrzegła natomiast inny problem-moje "tiki". To właśnie wtedy ktoś po raz pierwszy nazwał rzecz po imieniu. Dostałam skierowanie do innej pani psycholog. I tak oto zaczęła się moja przygoda z "wychodzeniem na prostą". Z panią psycholog spotykałam się średnio co tydzień i bardzo ją polubiłam. Była to pierwsza osoba, która naprawdę mnie słuchała. Mogłam mówić o największych pierdołach, o moich planach, marzeniach, o tym, czego nienawidziłam, a ona nigdy tego nie skrytykowała. Pozwoliła mi się po prostu wygadać. Uwielbiałam spotkania z nią i ubolewałam, kiedy dobiegały końca. Oczywiście każde kończyło się jakimś ćwiczeniem, często na wyobraźnię, a że mam ją bardzo rozwiniętą, to je uwielbiałam. Dość długo trwało, zanim przestałam chodzić do pani psycholog (uczęszczałam na inne zajęcia, ale o tym zaraz). Patrząc z perspektywy czasu, nawet teraz czasami brakuje mi takiej szczerej rozmowy z nią...

Kiedy zaczęłam naukę w gimnazjum, czyli prawie po półtorej roku uczęszczania do poradni, rozpoczęłam terapię "EEG Biofeedback". Wtedy była to nowa metoda, której zadaniem był trening mózgu. Jeżeli ktoś nie słyszał, a interesuje go to, na internecie znajdzie mnóstwo informacji :) Ogólnie polegało to na tym, że przychodziłam, siadałam na bardzo wygodnym fotelu, pani przypinała mi do głowy i uszu elektrody, po czym na komputerze puszczała mi grę. Była ona banalna-polegała na sterowaniu samochodzikiem, statkiem powietrznym czy ufo (była masa tych gier ale najpopularniejszy był samochodzik na torze wyścigowym). Problem polegał na tym, że nie było ani myszki, ani klawiatury-mimo to, samochodzikiem sterowałam ja :) Chodziło o ćwiczenie silnej woli. Nie pamiętam już ile było takich spotkań. Na pewno dużo... Muszę przyznać jednak, że bardzo mi one pomogły. Nauczyłam się w dużym stopniu panować nad problemem :)

Moja walka z tikami trwa już dziesięć lat. W tym czasie ukończyłam szkołę muzyczną, gimnazjum, a także spełniłam swoje marzenia i wciąż to robię. Nie mogę powiedzieć, że w stu procentach pozbyłam się tików, ponieważ ciągle od czasu do czasu pojawiają się w moim życiu i prawdopodobnie już zawsze będą częścią mnie. Jestem jednak dumna, że stoczyłam z nimi ciężką walkę, trwającą kawał mojego życia i jak dla mnie-wygrałam ją. Na tyle nauczyłam się nad nimi panować, że jeżeli zorientuję się, że coś robię, czego nie chcę, jestem w stanie przestać. Ktoś, kto nigdy nie miał z tym problemu, nigdy tego nie zrozumie. Nikt nie potrafi postawić się na miejscu osoby, która idzie do szkoły z uśmiechem, ponieważ wie, że czekają tam na nią znajomi i przyjaciele, którzy nie będą wytykać jej palcami. Fakt, nie jestem już dziewczynką w warkoczykach, ale wierzcie mi, że słowa w każdym wieku ranią tak samo... Nie ważne, czy dotyczą one małego dziecka, czy dorosłego człowieka. Moi znajomi i przyjaciele akceptują mnie taką, jaką jestem, bez względu na to, że od czasu do czasu mocniej zmrużę oczy i za to bardzo ich cenię... Mam nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy znajdę także osobę, która pokocha mnie taką jaką jestem i nie będą jej przeszkadzały nawet moje tiki...:)

Na koniec, chciałabym w szczególny sposób podziękować kilku osobom (poza moimi rodzicami, którzy wspierają mnie każdego dnia), które nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że pomogły mi w wygraniu tej walki :)
Jako pierwszej chciałabym podziękować mojej przyjaciółce Sandrze, która zawsze była obok i wspierała mnie, niezależnie od tego, co się działo <3
Mojej drugiej przyjaciółce, Gabrysi, która zawsze starała się pomóc i nigdy nie pytała <3
Marysi, która znosi mnie od ośmiu lat, zawsze w jednej klasie i jako jedna z nielicznych, nigdy się ode mnie nie odwróciła, a była i pomagała, nawet nie zdając sobie z tego sprawy <3
Mojej przyjaciółce Justynie, która choć jest daleko, to od zawsze mnie wspiera <3
Na koniec kieruję podziękowania do kobiety, która pewnie nigdy nie przeczyta tego postu, a mimo to, zawdzięczam jej naprawdę wiele. Nigdy nie miałam okazji podziękować za te wszystkie godziny, kiedy słuchała mojego ględzenia o wszystkich błahych, ale i tych poważniejszych rzeczach. Naprawdę dużo mi to dało. Patrząc z perspektywy czasu, zrobiła jeszcze jedną rzecz-dzięki niej pokochałam psychologię. Wiążę z nią przyszłość i mam nadzieję, że kiedyś komuś pomogę tak, jak ona pomogła mi :)

To chyba tyle... Chcę tym postem pokazać, że nie ma rzeczy niemożliwych. Ja wygrałam już swoją walkę, ale jest wiele osób, które wciąż walczą. Trzymam kciuki za każdego <3 Powodzenia!
(w razie pytań piszcie śmiało :) Postaram się odpowiedzieć na wszystkie :) )

CZĘŚĆ I: https://kolorowezyciebiedronki.blogspot.com/2017/07/tiki-czyli-cos-co-zniszczyo-moje.html

Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl
Snap: Wikusia_blog
Facebook: https://www.facebook.com/Kolorowe-życie-Wikusi-227836064374205/

piątek, 7 lipca 2017

Tiki... czyli coś, co zniszczyło moje dzieciństwo CZ.I

Bardzo długo zastanawiałam się nad tym, czy pisać cokolwiek, na temat, którego dotyczy dzisiejszy post. Nie przychodzi mi to łatwo, ponieważ będzie to dotyczyło okresu, do którego nie lubię wracać wspomnieniami, chociaż oczywiście wiąże się to także z masą cudownych przeżyć, jednak coś sprawia, że te negatywne mają dużo większą siłę przebicia. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, jak zacząć ten post, ale... napiszę wszystko od początku :)

Właściwie, to wszystko zaczęło się (przynajmniej z tego co pamiętam), kiedy zaczęłam chodzić do szkoły muzycznej. Sama szkoła super, gdyby nie fakt, że od głównych przedmiotów trafiła mi się prawdziwa franca, która przez trzy lata potrafiła mi powtarzać, że nie powinno mnie tam być, że nic nie potrafię, do niczego się nie nadaję i takie tam bzdety (w sumie, to nie tylko ja jej nie lubiłam, ale to tak na marginesie). Miałam wtedy jakieś dziewięć lat, bo chodziłam do trzeciej klasy w podstawówce, więc byłam jeszcze małą dziewczynką w warkoczykach. Po roku znienawidziłam tę szkołę, ale mimo to chodziłam do niej jakoś tak trzy razy w tygodniu (częściowo był to wpływ rodziców, częściowo mój). Nie poddałam się, ale za to w nagrodę za swoją wytrwałość, dostałam przeciwnika, z którym nie radziłam sobie i często przegrywałam walkę-STRES.

Do końca nie pamiętam, od czego się zaczęło, w każdym razie po pewnym czasie, pojawiły się u mnie różne "ruchy", których zupełnie nie kontrolowałam. Można powiedzieć, że nauczyłam się z nimi żyć... Tak po prostu. Próbuję sobie przypomnieć, od czego się zaczęło. Wydaje mi się, że od mrużenia oczami, albo mocniejszego przekręcania głowy, ale nie jestem pewna. Nie pamiętam też, kiedy moi rodzice zaczęli zauważać, że coś jest nie tak. Początkowo zaczęło się od pytań, typu: "Co ty robisz?", albo poleceń: "Przestań mrużyć oczy", "Nie rób tak", "Nie trzęś się". Oczywiście po takim upomnieniu po pierwsze czułam się fatalnie, a po drugie byłam w stanie opanować to może na kilka minut, może nawet nie, po czym znowu zaczynałam. I tak w kółko. Najgorsze było to, że nie zwracali mi uwagi jedynie rodzice, ale wiele osób wokół mnie. Nie wiem, czy jesteście w stanie wyobrazić sobie, co czuje kilkuletnia dziewczynka, która robi coś, czego nie może powstrzymać, bo ja właściwie nie wiedziałam co robię, a nawet miałam nadzieję, że nikt tego nie widzi, a okazywało się, że widzieli to wszyscy...

Jak teraz sobie przypominam, jakie kary, czy nagrody wymyślała moja mama, to wydaje mi się to śmieszne, ale wtedy mi do śmiechu nie było. Chociaż bardzo chciałam, to nie potrafiłam przestać. Oczywiście robiłam to też w szkole. No właśnie... Cóż... Wspomnienia z tym związane, dotyczące szkoły nie są miłe. W czwartej klasie zmieniłam szkołę (może kiedyś napisze, dlaczego) i tam się zaczęło. Wiadomo, że były osoby, które na to nie zwracały uwagi i kolegowały się ze mną, ale były też takie, które miały z tego prawdziwy ubaw. Nigdy nie zapomnę, jak któregoś dnia, kiedy już stałam w ławce, jeden z moich kolegów wszedł do sali dziwnie ruszając głową. Wszystko byłoby w porządku, gdybym nie zorientowała się, że przez cały czas patrzył tylko na mnie i robił tak dopóki nie zauważyłam, po czym wybuchnął śmiechem, a wraz z nim cała klasa. Cała klasa, z wyjątkiem jednej osoby-mnie... dziewczynki, która stała w ławce, ze łzami w oczach i marzyła o tym, żeby znaleźć się gdzieś poza zasięgiem wzroku wszystkich. Najgorsze jest to, że ten chłopak nie zdawał sobie sprawy z tego, co wtedy robił... Zresztą, nie była to jednorazowa akcja... Robił to dość często, do momentu, w którym przestało to bawić innych. Najbardziej bolało to, że nikt nie stanął w mojej obronie. Nauczyciele rzadko to widzieli, a dzieci nie zauważały problemu. Po tych wszystkich latach niechętnie wracam do tamtego okresu. Tamten chłopak kilka lat później przeprosił mnie za to co robił. Potrafił nawet poprosić, żebym o tym zapomniała. Co prawda wybaczyłam mu, ale zapomnieć się tego nie da...

Zapewne ciekawi Was to, jak sobie z tym poradziłam, czy ktoś mi pomógł. Tak, pomoc znalazłam, ale o tym w kolejnym poście. Jak tylko go dodam, to wkleję link poniżej :) Gdybyście mieli jakieś pytania, to piszcie... Trzymajcie się ciepło.

II CZĘŚĆ: https://kolorowezyciebiedronki.blogspot.com/2017/07/tiki-czyli-cos-z-czym-mozna-walczyc-i.html

Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl
Snap: Wikusia_blog
Facebook: https://www.facebook.com/Kolorowe-życie-Wikusi-227836064374205/

niedziela, 25 czerwca 2017

Jak wygląda plan filmowy, serialowy...?

Dzisiaj długo wyczekiwany post o tym, jak wygląda plan filmowy, czy szkoła to szkoła i tak dalej... Jak już wiecie, na planach filmowych spędziłam już trochę czasu (dla mnie jednak to wciąż za mało i myślę nad czymś więcej :) ) i coś tam wiem :D Oczywiście każdy plan jest inny, każdy ma swoje tajemnice, których wyjawić nie mogę, ale co nieco Wam opowiem :)

Zacznę od serialu "Szkoła".
Powiem Wam, że zdarzyło mi się, że ludzie zaczepiali mnie na ulicy i pytali:
"A powiedz no mi, czy ty chodzisz do tej szkoły, do Krakowa? Tam gdzie wiesz... Ten serial nagrywają, bo widziałam Cię w telewizji..."
Dzisiaj wszystkim Wam ogłaszam, że... Nie! Nie chodzę do szkoły w Krakowie. To znaczy poniekąd. Moja bohaterka jak najbardziej :D  Uczę się w moim mieście i nie chcę tego zmieniać (przynajmniej jeszcze na rok, ponieważ później mam nadzieję, że jednak będę się uczyła w Krakowie) :D Mam wspaniałą klasę, znajomych, przyjaciół i w ogóle jestem szczęśliwa. Nie wiem, czy już Wam to pisałam, ale przepisałam się w połowie pierwszej klasy i... była to najlepsza decyzja w moim życiu. Ale nie o swojej szkole miałam pisać. Moi drodzy. Szkoła, którą macie okazję oglądać w serialu, to uwaga... ogromna hala, która z jednej strony wygląda jak szkoła, którą widzicie na ekranie, a z drugiej jak szpital (który zresztą też możecie oglądać w innym serialu) :D Mogłabym Wam tutaj jeszcze sporo pisać. O tym, że klas jest kilka, że są w sumie dwa korytarze, do których prowadzą labirynty :P Tak poza tym, kiedyś na tej hali był kręcony inny serial, i został fragment właśnie tego planu i teraz tam mamy poczekalnię (wiem jak to brzmi, ale gdzieś trzeba leniuchować pomiędzy scenami). Tak więc w tej szkole, którą możecie oglądać, nie uczę się "prawdziwi" uczniowie, nie odbywają się tam normalne czterdziestopięcio minutowe lekcje. Padło też na przykład pytanie, ile dni kręcimy i czy dostajemy scenariusze. Scenariusze dostajemy wcześniej, żeby się nauczyć swojej roli. Oczywiście nie ma tak, że musimy powiedzieć słowo w słowo tak, jak mamy napisane na kartkach. Nawet wszyscy zachęcają do tego, żeby dokładać coś od siebie, ponieważ budujemy wtedy swoją postać ;) Mam nadzieję, że odpowiedziałam na większość waszych pytań, a jeżeli chcecie wiedzieć więcej to piszcie :)

Teraz przejdźmy na chwilę do planu filmowego. Wygląda on nieco inaczej. Oczywiście, zależy wszystko od tego, jakiego rodzaju jest to produkcja :) Na planie, na którym ja miałam okazję grać, właściwie weszliśmy na gotowe. Zdjęcia kręcone były w skansenie, więc całe podwórko, dom, okolica, po prostu wszystko było już gotowe. Nie zawsze jednak tak jest. W przypadku na przykład filmów wojennych, czy też takich, do których okolica nie pasuje, często stosuje się green screen'a. Polega to na tym, że tam, gdzie nagrywana jest scena, nie zależnie od tego czy jest to na otwartej przestrzeni, czy też w pokoju do tego przygotowanym, rozciągane jest specjalny materiał koloru najczęściej zielonego (jak sama nazwa na to wskazuje), po czym w miejsce tego koloru wstawia się komputerowo miejsce, o które nam chodziło :) Co jeszcze mogę Wam powiedzieć... Czasami plany filmowe są specjalnie budowane na potrzeby filmu. Oczywiście nie mówię tutaj o przygotowaniu okolicy, ponieważ nie wiem, jakiś plac handlowy, czy coś oczywiście przygotowuje się specjalnie :) Ale przecież nikt nie buduje na potrzeby filmu czy serialu nowego budynku :D

Troszkę się rozpisałam (jak zawsze :P ) ale myślę, że spodoba Wam się ten post. Prosiliście o niego już dawno, przepraszam, że dopiero teraz, ale jak wiecie zakończenie roku, i tak dalej, więc nie było za bardzo czasu. Jeżeli tylko chcielibyście o cokolwiek zapytać, to pytajcie :) Odpowiem chętnie na wasze pytania :D Może chcielibyście wiedzieć w jakich odcinkach "Szkoły" możecie mnie zobaczyć? :D Przyznam, że zmieniłam się od tego czasu, no ale cóż :)

Zapraszam na fanpage na fb: Kolorowe życie Wikusi
Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl
Snapchat: Wikusia_blog

wtorek, 13 czerwca 2017

Zakończenie sezonów seriali...oczami Wikusi

Kochani! Dzisiaj post dotyczący zakończeń sezonów kilku wybranych przeze mnie polskich seriali :) Nareszcie mogę się z Wami podzielić moimi przemyśleniami (gdyż myślałam nad niektórymi zakończeniami dłuuugo), opiniami i małym rankingiem na koniec :D Czekałam do poprzedniego wtorku, aby móc oglądnąć ostatni odcinek jednego z moich ulubieńców (o którym coś czuję, że się bardzo rozpiszę :D ). Myślę, że warto zaznaczyć, że dla tych, którzy jeszcze nie oglądali któregoś z zakończeń, ten post będzie jednym wielkim spojlerem, ale musi być :D A nóż kogoś tak zachęcę, że nie będzie mógł spać po nocach, tylko będzie oglądał?

Na pierwszy ogień proponuję serial "19+".
Tak, mam prawie osiemnaście lat i tak, oglądam ten serial :D Słuchajcie, jakoś tak oglądnęłam kiedyś jeden odcinek (oczywiście od środka, bo Wikusia zawsze zaczyna oglądać seriale od środka-no dobra jest jeden wyjątek, ale o nim za chwilę) i może nie to, że mnie zainteresował, ale zaciekawił. Fabuła nie powala jakoś specyficznie, ale ten serial ma jedną rzecz, która różni go od "SZKOŁY"-bohaterowie mają realne problemy. Z niektórymi pewnie sama będę musiała się uporać, kiedy za rok pójdę na studia. W moim przypadku będzie to przeprowadzka do innego miasta i "dorosłe" życie. Nie będzie obok rodziców, będę musiała sama odpowiadać za swoje wybory. Żeby jednak z tego postu nie zrobić prywaty, to może przejdę do zakończenia. Nie będę się za wiele rozpisywać, ponieważ nie było to jakieś WOW, w przeciwieństwie do reszty, o której będę pisała. Ogólnie to zaskoczyło mnie aresztowanie Seby. Nie powiem, że naciągane, bo w końcu polskie prawo jest nieobliczalne, ale w zasadzie. Nie no. Może się mylę. Oczywiście siła przyjaźni jest bezcenna i wszyscy wspierają go i walczą, żeby go stamtąd wyciągnąć (nieoceniony ojciec Kamila). Liczyłam na poród Lucy, ale jeszcze trochę poczekam, ale cieszę się, że jest szczęśliwa z Arkiem. Oby tak zostało :) Poza tym Melania wreszcie zdecydowała się na szkołę teatralną. Zaskoczyła mnie jednak upojna noc Irka i Elki. Co ten alkohol robi z człowiekiem :( Mam nadzieję jednak, że Seba jej wybaczy...

Teraz myślę, że czas na najbardziej pomysłowe zakończenie sezonu. Mowa tutaj o serialu "Gliniarze".Właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy ja Wam kiedyś mówiłam już o tym serialu. Bo właściwie to pewna nie jestem.  Mogłabym Wam teraz wkleić ogólny opis, ale to bez sensu. Jak ktoś będzie miał ochotę, to na pewno zerknie :D Muszę Wam powiedzieć jednak jedną rzecz. Jestem mistrzem w zatrzymywaniu tego serialu w odpowiednim momencie (myślę, że jedna z osóbek wie doskonale o czym mówię). Przejdźmy jednak do rzeczy. Na takie zakończenie nie wpadłabym nigdy. Cały odcinek nie był jakiś szczególny. Zostaje zamordowany facet, po czasie okazuje się że był zamieszany w sprawy terrorystyczne, prowokacje, strzelanina... W sumie jak w każdym odcinku. Pod koniec natomiast robi się ciekawie. Okazuje się, że ktoś chce (tak w skrócie mówiąc) wysadzić pewną część miasta. Rozpoczyna się wyścig z czasem... Kto, gdzie, kiedy... W międzyczasie możemy podziwiać perypetie głównych bohaterów, chociaż ten odcinek nie był z udziałem (głównym udziałem) mojej ulubionej pary, więc mogę powiedzieć tylko tyle, że scenarzyści świetnie się ta dwójką bawią :D Odcinek kończy się zaskakująco, bowiem zostaje wysadzona w powietrze komenda... Tak. I teraz trzeba czekać kolejne trzy miesiące, żeby się dowiedzieć, kto przeżył poza jedną z głównych bohaterek i jej kolegą z pracy (za którym osobiście nie przepadam). Wybuch bardzo ciekawie zrobiony (chociaż jak zrobiłam screena to padały teksty, że to zmutowany kurczak, pudel... I jeszcze sporo takich), ale gra aktorska, no tutaj zależy czyja. Ogólnie zakończenie bardzo dobre i czekam z niecierpliwością na wrzesień!

"Policjanci i policjantki"
Jeżeli ktoś po tym zakończeniu spodziewał się oczekiwania w niecierpliwości i tajemnicy na kolejny sezon, to się rozczarował... Cóż więcej mogę powiedzieć. Nie mogę wypowiedzieć się na temat całego sezonu, ponieważ oglądałam tylko kilka odcinków z bohaterami, których finał kompletnie nie dotyczył, więc co ja mogę. W sumie dobrze zagrane. Na pewno aktorzy włożyli w to dużo pracy, jednak... No brakowało mi tego zaskakującego zakończenia. Takiego wiecie... Wow... Nie wiadomo co z nimi będzie... Tutaj tego nie było. Wiemy, że poza pobiciem jednego z głównych bohaterów, cały sezon skończył się szczęśliwie. Z jednej strony może to i dobrze. Nie mogę się jednak powstrzymać od dodania, że gdyby ten odcinek zakończył się kilka sekund wcześniej, przed nadejściem "pomocy", to byłoby to naprawdę jedno z lepszych zakończeń.

No i przechodzimy moi drodzy do wisienki na torcie, jaką jest serial "Sprawiedliwi-wydział kryminalny".
Na to zakończenie czekałam chyba najbardziej. Po pierwsze, scenarzyści pozostawili nas w jednej wielkiej niepewności, chociaż chyba straciłam już nadzieję na happy end. Po drugie wątek, który zakończył serial ciągnął się nie od dwóch, czy trzech odcinków, ale cały sezon (żeby dobrze połączyć fakty trzeba było jednak troszkę wiedzieć z poprzednich odcinków). Po trzecie to jedyne zakończenie na którym płakałam (a ja naprawdę rzadko płaczę na zakończeniach seriali czy filmów) i chyba na długo nim pozostanie. I po czwarte zrobiłam sobie piękny spojler zdjęciami, na które przypadkiem się natknęłam, więc ten odcinek niestety nie był dla mnie w całości zaskoczeniem. Krótko mówiąc było to pięknie zwieńczenie i zamknięcie całej drugiej transzy serialu, chociaż niesamowicie smutne. W porównaniu do zakończenia pierwszej serii... nie jestem w stanie porównać. Oba były genialne. Jedno jest pewne. Nigdy nie wybaczę scenarzystom, że przez cały sezon, nie dowiedziałam się, co było przyczyną rozpadu związku Marysi i Adama (czyli jednej z trzech par głównych bohaterów). Ich fani mogą jednak nacieszyć się chociaż przez chwile wyznaniem miłości obu stron (szkoda tylko, że w ostatnim odcinku). Przechodząc do rzeczy, zakończenie dotyczyło prywatnych spraw Adama. Może nie będę Wam streszczać całego sezonu (oczywiście jeżeli będziecie chcieli to jak najbardziej wypowiem się na ten temat w osobnym poście), ale Ci którzy oglądają wiedzą, że główne skrzypce w tym sezonie i wątku grał jego syn, Kacper, który postanowił po dość długim czasie wrócić do Polski i naprawić relacje z ojcem. Nie trudno się domyślić, że nie idzie to łatwo, powiedziałabym nawet, że wcale. Nie chodzi o to, że Adam nie chce tego. Wręcz przeciwnie. Ale jest tyle przeszkód, które stają im na drodze. W połowie sezonu Adam udaje, że nie interesuje go to, gdzie jest jego syn i w co się wplątał. Końcówka sezonu pokazuje jednak co innego. Kilka dni temu natknęłam się w internecie na pytanie, jakim ojcem był Adam. Wypowiedzi było mnóstwo, także tych, które mówiły jaki to Kacper był okropnym synem itd. Nie wiem. Może nie wszyscy widzą to, że on się pogubił, że przecież obwiniał ojca o odejście matki (mam wrażenie, że momentami nawet o śmierć), nie znając prawdy. Zastanawiało mnie to, jaki cel miał w tym Adam. Może nie chciał, żeby chłopak nienawidził zmarłej matki, za to, że ich porzuciła? Ciężko teraz powiedzieć. Ogólnie wplątał się w złe towarzystwo, przywiózł to ze sobą do Polski i tak. Wplątał w to ojca. Ale każdy kochający tata pewnie postąpiłby tak samo i chciałby za wszelką cenę ratować swoje dziecko (przynajmniej ja tak myślę. Napiszcie, jeżeli się mylę). Ogólnie po cudownym wyznaniu miłości, po w sumie nie wypowiedzianym przez Kacpra "Kocham Cię" w stronę ojca (prawie. Chciał, ale mu to chyba przez gardło nie przeszło), odcinek kończy się strzelaniną. Długo po odcinku rozmyślałam o nim. Wiem, że się nie powinno, ale mimo wszystko. Pierwsze pytanie, które przyszło mi do głowy, to co bym powiedziała na miejscu Kacpra. Najważniejsze powiedział, ale chyba sam wierzył do końca, że to skończy się inaczej. Jeżeli chodzi o grę aktorską, to było super. Może poza ostatnimi sekundami, ale to tylko dlatego, że ta scena miała dalszy ciąg. Nie będę gdybać, co by było gdyby. Zobaczymy we wrześniu. Na pewno ekipa wykonała kawał dobrej roboty i czekam na nowinki z planu kolejnej serii :D (na wyjawienie tajemnicy nie liczę, gdyż po zakończeniu serii I nikt do marca nie pisnął słówkiem, więc cóż...)

To by było na tyle. Może kogoś zachęciłam? Jeżeli ktoś oglądał któryś serial, to napiszcie co myślicie. Może ktoś się ze mną nie zgadza? :D Chętnie dowiem się co wy o tym myślicie.

Snapchat: Wikusia_blog
Facebook: https://www.facebook.com/Kolorowe-%C5%BCycie-Wikusi-227836064374205/
Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl

sobota, 10 czerwca 2017

Jedyne takie przyjaciółki... czyli recenzja książek Małgorzaty Falkowskiej

Dzisiaj coś, czego jeszcze nie było na moim blogu. Właściwie, miałam to zrobić już jakiś czas temu, ale zebrać się nie mogłam. W końcu nie często ma się okazję czytać książki osoby, którą się zna :) Tak Gosiu, mowa tutaj o tobie :D Nareszcie mogę napisać co nieco o twoich sześciu zwariowanych przyjaciółkach :) 



Zacznę może od części pierwszej, która przyciąga wzrok nie tylko okładką, ale przede wszystkim tytułem "MĄŻ POTRZEBNY NA JUŻ" :) Przyznam, że troszkę czekałam żeby ją przeczytać, ponieważ dostałam ją dopiero na mikołajki w ubiegłym roku. Jednak pochłonęłam ją w mgnieniu oka :D Cała historia zaczyna się od postanowień noworocznych, które sześć zwariowanych przyjaciółek wypowiada w czasie sylwestra. Tak oto główna bohaterka, Berka, niewiele myśląc (wiadomo jak to jest po wypiciu sporej ilości alkoholu :D ) postanawia, że w nowym roku znajdzie sobie... MĘŻA! Tak moi drodzy, to wcale nie żart :) W ten sposób wraz z nią podejmujemy wyzwanie, choć szczerze mówiąc, początkowo uważałam za niewykonalne :D
"(...) ja; dyplomowany kosmetolog, najbardziej boi się swoich pomysłów, które niejednokrotnie sprawiły jej wiele problemów; stosuje wiele porównań książkowych i filmowych, które nie zawsze są odpowiednio dobrane do sytuacji; zazwyczaj wpierw mówi, potem myśli (albo i wcale nie myśli, bo po co płakać nad rozlanym mlekiem)."

Berka, oprócz szalonych pomysłów, ma także grono zwariowanych do reszty przyjaciółek i rodzinę, która wcale jej życia nie ułatwia. Kobieta w każdym mężczyźnie, który przejdzie obok na ulicy widzi kandydata na przyszłego męża, a sposoby, które mają jej ułatwić jego znalezienie, nie raz doprowadziły mnie do łez (oczywiście ze śmiechu) :) Wszyscy wokół próbują jej pomóc. Jedni mają lepsze pomysły, inni gorsze, jednak jak to się mówi "tonący brzytwy się chwyta", podobnie jest z Bernadettą. Nie chcę zdradzać zbytnio zakończenia (które nie dość, że jest zaskakujące, to doprowadza do łez ze śmiechu), ponieważ nie o to w tym wszystkim chodzi. Powiem tylko tyle, że czasem, zamiast szukać gdzieś dalej, wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. Kto wie, co dostrzeżemy :)





Kolejna część przygód tej zwariowanej paczki nie jest już widziana oczami Berki :D Pałeczkę w kolejnej historii przejmuje Zośka.

"(...) ja; urodzona szczęściara (zapewne w Ameryce nazwano by mnie Lucky, ale Zosia też jest ładnie... tak szlachetnie), piękna, zgrabna, utalentowana i w dodatku bogata. Czego chcieć więcej?"

Nic dziwnego, że książka nosi tytuł "GORZEJ BYĆ (NIE) MOŻE". W końcu po Zośce Majer, "z tych Majerów" nigdy nie wiadomo czego można się spodziewać :D Cóż wiele można powiedzieć o Zośce, Zwariowana, bogata dziedziczka, która niczym się nie przejmuje. Przychodzi jednak moment, w którym nawet pieniądze ojca nie są w stanie rozwiązać problemów. Dziewczyna musi zawalczyć nie tylko o siebie, ale także o innych. Wkrótce na jej drodze pojawia się także pewien mężczyzna. Pytanie brzmi, czy Zośka pozwoli mu wejść do swojego serca? Myślę, że na to pytanie sami musicie znaleźć odpowiedź. Jedno jest pewne. Z Zośką nuda Wam nie straszna. Nie chcę też za wiele pisać, ponieważ jest to kontynuacja poprzedniej części, a chyba nikt nie lubi spojlerów :D



Jeżeli miałabym coś powiedzieć, to chyba tylko tyle: czekam na więcej. Jeżeli ktoś z Was jeszcze nie miał okazji poznać przyjaciółek, to koniecznie musi nadrobić zaległości, ponieważ już wkrótce ma ukazać się trzecia część komedii: "POSZUKIWANI, POSZUKIWANY". Ja już nie mogę się doczekać, aż po nią sięgnę. Na pewno znów spędzę miło czas :D Najbardziej ciekawi mnie jednak to, kto tym razem opowie nam swoją historię...

Facebook: https://www.facebook.com/Kolorowe-%C5%BCycie-Wikusi-227836064374205/
Snapchat: wikusia_blog
Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl

czwartek, 8 czerwca 2017

Drobne ogłoszenia

Witajcie kochani ♡ Dzisiaj na wstępie troszkę informacji :) Po pierwsze pojawi się w najbliższym czasie jeszcze jeden post dotyczący tematu, który bardzo Was zainteresował, czyli aktorstwa (m.in serialu SZKOŁA) ;) Tym razem spojrzymy na to z innej strony :) Będzie także jeszcze kilka innych postów, ale o tym w najbliższym czasie. W sobotę natomiast, jako że jestem uzależniona od seriali, chciałabym zrobić takie podsumowanie zakończeń sezonów :) Napiszcie może w komentarzu, czy jest jakiś serial  (tylko z polskich na razie :) ) który chcielibyście abym oceniła ;) Ma pewno znajdzie się zakończenie SPRAWIEDLIWYCH-WYDZIAŁ KRYMINALNY, GLINIARZY i 19+. Podsumowanie SZKOŁY sobie odpuszczę, ponieważ tam kazdy  odcinek to oddzielna fabuła, więc  nie ma nawet do czego porównać  :/

Muszę się  Wam pochwalić, że nareszcie sprawiłam sobie nowy telefon, więc... będą  zdjęcia na blogu!!! Mam nadzieję, że wy też cieszcie się tak, jak ja.

Kolejną rzeczą, o której chciałabym Wam powiedzieć, to to, że postanowiłam założyć fanpage'a do bloga na Facebooku. Po co? A no między innymi do takich ogłoszeń. Poza tym myślę, że będzie to świetna forma komunikacji z Wami :) no i oczywiście rewelacyjne uzupełnienie bloga ;)

Na chwilę obecną z ogłoszeń to tyle :) zapraszam Was jeszcze dzisiaj na post, którym będzie  recenzja :) mam nadzieję że zaglądniecie :D

SNAPCHAT: Wikusia_blog
KONTAKT: niezapominajkaaa@onet.pl

środa, 31 maja 2017

Gesty zamiast słów, czyli jak rozmawiać, nie mówiąc...

Dzisiaj post bardzo dla mnie wyjątkowy :) Chciałabym Wam napisać o czymś, czego nie da się nazwać pasją. Jest to oderwanie się od rzeczywistości i wyjście naprzeciw tym, którzy tego zrobić nie mogą... Teraz pewnie niewiele z tego rozumiecie, ale postaram się Wam troszkę wytłumaczyć :)

Jestem osobą, która niestety nie ma kompletnie daru do języków obcych. Bardzo ciężko jest mi się ich uczyć. O ile jeszcze gramatyka mi idzie całkiem nieźle, to słówka są dla mnie prawdziwą męczarnią. Nie pomaga nawet  to, że moja mama jest germanistką i może mi pomóc z Niemiec. To nic nie daje. Ale żeby  nie było, że mi się nie chce czy coś, bo ja naprawdę  się  uczę i staram. :)  Gdybym musiała się  z kimś porozumieć, to myślę, że  nie byłoby problemu :) dałabym sobie radę :)

Jednak nie o moim braku zdolności językowych dzisiaj. Od bardzo, bardzo dawna interesował  mnie język migowy. W podstawówce miałam alfabet i jakieś podstawowe zwroty , ale to było tylko takie muśnięcie tego języka, A mi ciągle było mało. Z czasem coraz bardziej mnie ten język interesował. Szukałam przeróżnych książek, jednak niewiele jest tego na naszym rynku. Filmików też nie dużo, więc szukałam czegoś, co dałoby mi możliwość nauki tego języka.

Tak naprawdę, samą naukę języka migowego rozpoczęłam dwa lata temu. W moim mieście były organizowane jednodniowe warsztaty. Wtedy po raz pierwszy miałam okazję "porozmawiać" z osobą niesłyszącą. "Porozmawiać" ponieważ wymieniliśmy dwa, trzy słowa, w dodatku pod okiem pana, ktory tłumaczył. Wierzcie mi na słowo... To zupełnie inna rozmowa, niż ta którą prowadzi pewnie większość z Was na co dzień: w pracy, w szkole czy na ulicy :) Słów praktycznie nie używaliśmy (w rozmowie), zastępowały je gesty. Po tym dniu, chciałam jeszcze bardziej uczyć się języka migowego, ponieważ widziałam w nim perspektywy na przyszłość. Oczywiście, nadal je widzę :D Gdyby nie to, to pewnie bym Wam o tym nie pisała. I tak zaczęłam szukać jakiś filmików na youtube i uczyłam się. Nie jest łatwo oczywiście nauczyć się posłygiwać tym językiem, ale jest to możliwe.

Cały czas jestem w trakcie nauki, ponieważ tych znaków jest tak dużo, że większość z was nawet nie zdaje sobie z tego sprawy :) Od kilku miesięcy uczestniczę także  na zajęcia z wolontariatu. Dopiero teraz mam możliwość  prawdziwej nauki tego języka
 Dlaczego? Ponieważ mam kontakt z osobami, które  posługują  się  nim na codzień :) Nie żałuję, że  zaczęłam  sie  uczyć  tego języka. Nawet myślałam  o tym, aby pracować w przedszkolu dla dzieci niesłyszących  w przyszłości. Ludzie, których poznałam dzięki temu językowi, są tak wspaniali i dają mi takiego kopa w życiu. Wielu z nich pokazuje, że  mimo jakiejś trudności, są w stanie zrobić wiele :) pomogło mi to, kiedy miałam gorszy okres.

Kto wie, może kiedyś komuś  pomogę :) na razie cieszy mnie uśmiech niesłyszącej Pani kasjerki w sklepie u mnie w mieście, gdy zamiast pisać na kartce - miga :)

NAPISZCIE, CZY KIEDYŚ MIELIŚCIE STYCZNOŚĆ Z TYM JĘZYKIEM. MOŻE  ZNACIE JAKĄŚ OSOBĘ, KTÓRA  POSŁUGUJE SIĘ  JĘZYKIEM MIGOWYM? :)

Snapchat: wikusia_blog

 (dzisiaj ok. 20 zapraszam Was na dyskusję :) możecie zadawać pytania nie tylko o język  migowy, ale także o sprawy związane z aktorstwa czy innymi rzeczami :) )

Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl


środa, 24 maja 2017

Moja pasja... aktorstwo

Ostatnio napisałam Wam, jak zaczęła się moja przygoda z aktorstwem, jednak nie wdawałam się w żadne szczegóły, a to dlatego, że czekały one na osobny post. Tak naprawdę, to teraz opiszę Wam moje zamiłowanie do gry aktorskiej... Ale po kolei :)

Pierwszy raz, od którego wszystko się zaczęło, miał miejsce kilka dni przed moimi trzynastymi urodzinami :) Gościłam wtedy na planie serialu "Czas Honoru" :) Gdyby była to tylko wizyta, to nic wiele by nie było do chwalenia się. Miałam jednak możliwość STATYSTOWANIA :) Pierwszy raz w swoim życiu mogłam zobaczyć, jak wygląda praca osób na planie, a nawet być częścią projektu. Łatwo nie było :) Ogólnie byłam w trzech scenach, ale niestety widać mnie minimalnie tylko w jednej. Jedno jest piękne... Ja po prostu wiem, że tam jestem :)


(PS Pierwszy raz wstawiam zdjęcia na bloga :D Nie martwcie się. Minęło sporo czasu od tamtej wizyty i baaaardzo się zmieniłam :) Jednak mimo wszystko, bardzo lubię wracać do tamtych zdjęć :) )

Jak się pewnie domyślacie, na jednym razie się nie skończyło :D Nie długo później nadarzyła się okazja zagrania w filmie dokumentalno-fabularnym. Zdecydowałam się wybrać na casting. Pomyślałam: "Co mi szkodzi! Może akurat się uda." No i się udało. Dostałam drugoplanową rolę. Grałam siostrę głównego bohatera. Powiem szczerze, że nie tylko rola była ciekawa, ale plener mnie zauroczył :) Nagrywaliśmy w skansenie, gdzie miało się wrażenie być w zupełnie innej rzeczywistości :) Jeżeli chodzi o tytuł filmu, to: "Ksiądz Roman Sitko. Bohater z wiary". Możecie poszukać w internecie, ale niestety nie jestem pewna, czy gdziekolwiek jest do znalezienia :(


(Na zdjęciach z filmową siostrą :) Niezapomniane chwile i znajomość na całe życie)



(Tutaj zdjęcie z reżyserem-Dawidem Szparą :) )



Były wspomnienia, a teraz opowiem Wam, co z tym wszystkim zrobiłam później. Postanowiłam, że skoro to kocham, to nie mogę tego tak po prostu porzucić. Postanowiłam więc wybrać sobie agencję aktorską i kontynuować tą przygodę. I tak trwa ona do dziś. Grałam już w kilku serialach, a na niektóre wracałam po kilkanaście razy :D Aktualnie należę do obsady serialu "SZKOŁA" (ten rok będzie ostatnim, ponieważ bohaterka którą gram, w nowym sezonie będzie w 3 klasie liceum, więc zgodnie z zasadą, stanę się absolwentką :) ). Od razu powiem Wam kilka słów na ten temat. Tak, gram w "SZKOLE".  Wcześniej kilkanaście razy statystowałam na planie tego serialu. Gra w tym serialu to prawdziwa przygoda. Spędza się tam czas od rana do wieczora, jest się kompletnie wykończonym, ale wraca się do domu z uśmiechem na ustach. Może i przedstawione w tym serialu historie są wyssane z palca, a niektóre nawet lekkim przegięciem (przecież sama chodzę do szkoły i zdaję sobie sprawę jak to wygląda :) ), ale poza tym na planie pracuje się z wspaniałą ekipą, poznaje się rewelacyjnych ludzi (niektóre znajomości utrzymuje się jeszcze dłuuugo po planie, nawet, jeżeli już nigdy się z tą osobą nie spotka) i zdobywa doświadczenie aktorskie. Tak więc, mam nadzieję, że ten rok będzie wyjątkowy. Zdaję sobie sprawę, że spędzę tam ostatnie chwile, a później już nigdy nie wrócę :( To dopiero jest przykre :(



(Zdjęcia zrobione półtora roku temu, kiedy po raz pierwszy grałam postać Julitki Krasowskiej :) Na drugiej fotografii w towarzystwie Marcina Kubisztala, którego możecie kojarzyć z roli ratownika w serialu "Szpital" (jeżeli ktoś ogląda :) ))



(To zdjęcie z zrobione rok temu :) )

To już chyba na tyle. Oczywiście zdjęć mam jeszcze dużo więcej, ale nie wstawię wszystkich :D To moja krótka historia. Na razie, ponieważ mam nadzieję, że nie skończy się na tym.

GDYBYŚCIE CHCIELI SIĘ CZEGOŚ WIĘCEJ DOWIEDZIEĆ O PLANACH, "SZKOLE", JAK TO WSZYSTKO WYGLĄDA, CZY NAWET O AGENCJI AKTORSKIEJ, TO PISZCIE W KOMENTARZACH :)


Snapchat: Wikusia_blog
Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl

niedziela, 21 maja 2017

Moja pasja...

Ostatnio dużo myślałam nad tym, czym dla człowieka może być pasja. Dla jednych jest to sposób życia, dla innych jego uzupełnienie. W takim razie czym jest dla mnie? Właściwie, ja nie mam jednej pasji, a co najmniej trzy najważniejsze: pisanie, aktorstwo i muzyka. Wszystkie są dla mnie okropnie ważne i bez jednej z nich, moje życie nie miałoby chyba sensu.

Zacznę może od muzyki. Nie wiem czy wiecie, ale muzyka towarzyszy mi od najmłodszych lat. W przedszkolu jeździłam na konkursy piosenki i różne takie. Raz się udało coś wygrać innym razem zostawały wspomnienia. W trzeciej klasie szkoły podstawowej zdecydowałam się iść na egzamin do szkoły muzycznej i... dostałam się! <3 Mimo wielu trudności, trzy lata temu szkołę muzyczną ukończyłam i jest to jeden z moich powodów do dumy. Był to naprawdę ciężki okres. Wiele nerwów, stres nie do opisania przed każdym egzaminem, jednak satysfakcja, jaka towarzyszyła mi na rozdaniu świadectw...Myślę, że ciężko będzie Wam ją sobie wyobrazić :)

Kolejną pasją, jest pisarstwo. Mam tutaj chyba największy staż, bowiem piszę od dziesięciu lat. Zaczynało się już w początkowych klasach szkoły podstawowej. Mama kupiła mi szesnasto kartkowe zeszyty. Było ich chyba piętnaście. Pewnie mi nie uwierzycie, ale w ciągu kilku miesięcy, zapełnione były różnymi opowiadaniami, począwszy od tych wręcz absurdalnych, przez średnie, aż po naprawdę pomysłowe i dobre rękopisy. Dzisiaj sięgam po nie dość często. Myślę, że warto jest czasami zatracić się w innej rzeczywistości, dać się ponieść wyobraźni i śmiać się, płakać... Ehh... Żeby nie było, nadal piszę w zeszytach, tyle, że szesnaście kartek to zdecydowanie za mało :D Kilka jest ukończonych, inne mają po pięćdziesiąt, czy nawet sto stron i wciąż są tylko częścią czegoś. Piszę dla siebie, ale niektóre moje opowiadania można przeczytać na Wattpadzie :) Gdyby ktoś miał ochotę zajrzeć, pseudonim: Nagrii_ :)

Przechodzimy wreszcie do mojej wyjątkowej pasji, jaką jest aktorstwo. Kto nie myślał o tym, aby być kiedyś aktorem/aktorką? Ja marzyłam od zawsze i... udało mi się to marzenie zrealizować <3 Tak moi drodzy. Zaczęło się już w dzieciństwie, od małych przedstawień dla rodziców. Pamiętam, że zawsze się rwałam do głównych ról (byłam dzieckiem, a jak panie odkryły, że nauczenie się dłuższego tekstu to dla mnie pikuś to ostatecznie dostawałam nie raz teksty na całą stronę, gdy inne dzieci miały kilka kwestii), później w podstawówce zaczęły się konkursy recytatorskie, chociaż tak na poważnie to pani dostrzegła moje zamiłowanie do recytowania poezji dopiero w piątej klasie podstawówki. Wiecie jak to jest. Nauczyciele dostrzegają coś, kiedy dostaniemy jakąś nagrodę czy coś. Ze mną wcale nie było inaczej. W takim świecie żyjemy. Najpierw trzeba coś osiągnąć, aby inni mogli zobaczyć, że naprawdę to kochasz... Później było kółko teatralne w gimnazjum i przyznam szczerze, że bardzo żałuję, że nie mam już możliwości grać w szkole, gdyż w liceum niby zajęcia teatralne są, ale prawda jest taka, że nauczyciel który je prowadzi powybierał sobie osoby, które uważał za kompetentne i na tyle zdolne aby mogły grać. Postanowiłam więc poszukać dla siebie czegoś innego :)

CDN (dość długie wychodzą te posty, ale chcę Wam tyle powiedzieć <3)

NAPISZCIE W KOMENTARZACH, JAKIE WY MACIE PASJE. MOŻE SĄ ONE ZWIĄZANE Z MARZENIAMI? UDAŁO WAM SIĘ JUŻ JAKIEŚ SPEŁNIĆ? :) PISZCIE!

Snapchat: Wikusia_blog
Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl

sobota, 20 maja 2017

Co tam u mnie, a także blogowy snap...

Długo zastanawiałam się, o czym napisać post po tak długiej przerwie. Zastanawiałam się nad tym, czy napisać Wam o pani Ł, czy może o czymś innym. Ostatecznie, o pani Ł. tylko wspomnę. Ostatnio byłam u dermatolog i przełamałam się. Weszłam i wyszłam z ogromnym uśmiechem na twarzy. Aktualnie mam spokój od plamek, pani Ł zrobiła sobie wolne, więc i ja się cieszę. Włosów nie męczę, chodzę w lokach (o włosach dodam post w poniedziałek :) ) i dobrze mi z tym.  Życie znów nabrało kolorów!
Skoro już o życiu mowa, to parę spraw. Po pierwsze chodzę na prawo jazdy. Tak moi drodzy! Jak dobrze pójdę za dwa miesiące będę kierowcą :D Póki co, na razie kończę wykłady i za tydzień zaczynam jazdy. Żeby nie było: Nigdy za kółkiem nie siedziałam :P Strzeżcie się! :D

Dzisiaj jednak nie o tym. Kochani... Z racji tego, że idą wakacje, zbliża się koniec sezonów seriali, które emitowane są w telewizji. Jedne dopiero się skończą, inne już się skończyły, z tego co wiem, na przykład "SZKOŁA" i "19+" wyemitowali ostatnie odcinki w piątek, "DRUGA SZANSA" kończy się w poniedziałek, "GLINIARZE" o ile dobrze pamiętam w czwartek, więc jak widzicie trochę tego jest. Oczywiście nie wszystkie seriale też oglądam, ponieważ nie mam za bardzo czasu. ale wiem, że niektóre finały sezonów zostały przygotowane naprawdę z ogromnym rozmachem i będą zaskakujące. Najbardziej czekam chyba na finał "GLINIARZY", który będzie miał emisję w tym tygodniu oraz "SPRAWIEDLIWI-WYDZIAŁ KRYMINALNY", który będzie 6 czerwca. Swoją droga, o ile do tego pierwszego serialu czytałam tylko opis, a poza tym cały odcinek będzie dla mnie jednym wielkim zaskoczeniem, to drugi finał sobie mocno zaspoilerowałam oglądając zdjęcia, jednak mam nadzieję, że scenarzyści pomyśleli o przyszłości serialu i nie zrobią nic głupiego, choć wiem, że zostawią nas na pewno w jednej wielkiej niepewności. O finałach seriali które oglądam będzie na pewno osobny post.

NAPISZCIE MI W KOMENTARZACH, JAKIE WY OGLĄDACIE SERIALE I CZY CZEKACIE NA JAKIŚ FINAŁ SZCZEGÓLNIE :)

Chyba jednak podzielę ten post na dwa, bo komu chciałoby się czytać tak dłuuugie posty haha :D Zapraszam Was więc na drugą część, która będzie w całości dotyczyła mojej pasji :)

Swoją drogą w ostatnim czasie założyłam także blogowego snachat'a :D Mam nadzieję, że będziecie się tam pojawiać :) ZAPRASZAM SERDECZNIE: Wikusia_blog

A także, gdyby ktoś chciał się skontaktować to podaję maila: niezapominajkaaa@onet.pl

piątek, 7 kwietnia 2017

Pięć pozycji, które warto... zalukać?

Dzisiaj troszkę z rozpędu, ale wiele się u mnie działo w ostatnim czasie, co było powodem braku mojej aktywności, a to jest straszne! Postaram się to nadrobić i w najbliższym czasie dodam Wam post o tym, co się u mnie działo i dlaczego mnie tak długo nie było. Do tego czasu jednak musicie uzbroić się w cierpliwość :) A dzisiaj, zgodnie z obietnicą-pięć filmów, na razie bez określonej kategorii, które możecie sobie oglądnąć :)

1. "PIĘKNA I BESTIA" (2017)

Wiem, że w kinach już niestety nie leci, chyba że w wybranych. Jeżeli tylko będziecie mieli jednak ochotę, to gorąco polecam Wam ten film. Zabiera w magiczny świat dzieciństwa. Dobrze znane piosenki nabierają nowych form, postacie, magia, muzyka, sceneria... No wszystko jest cudowne! Nie będę jednak opowiadać Wam o tym za wiele, ponieważ będzie osobny post :)

2. "OJCOWIE I CÓRKI" (2016)

Film opowiada historię młodej Katie, która poznaje mężczyznę swojego życia, jednak przeżycia z przeszłości, nie pozwalają jej być szczęśliwą. Gdy Katie ma kilka lat, ginie jej matka, a ojciec, który utrzymuje się z napisanych przez siebie powieści, przechodzi załamanie nerwowe. Nie jest w stanie zajmować się dziewczynką i jest zmuszony oddać ją na czas leczenia siostrze swojej zmarłej żony. Mała ma tam wszystko, jednak to nie wystarcza. Gdy tylko pojawia się taka możliwość-wraca do ojca. Z czasem ma miejsce seria wypadków, które rujnują życie Katie. Gdy w końcu na jej drodze staje Cameron, postanawia sprawdzić, jak to jest być "czyjąś dziewczyną".
Film jest niezwykle wzruszający, a postaci zbudowane między innymi przez aktorów, m. in. Amandę Seyfried czy Russela Crowe'a sprawiają, że historia ta nabiera swoistego charakteru...

3. "NAJDŁUŻSZA PODRÓŻ" (2015)

Nie ma chyba osoby, która na nazwisko "Spearks", zareagowałaby pytaniem: "A kto to?". Jeżeli nie z książek, to z filmów na ich podstawie. Kto nie widział "Pamiętnika", czy "Ostatniej piosenki"? Tyle razy, ile filmy na podstawie słynnych książek leciały w telewizji, nie jestem w stanie zliczyć. Jednym z najnowszych jest właśnie NAJDŁUŻSZA PODRÓŻ. Na pozór zwykła historia miłości kowboja i prostej dziewczyny (normalka), a kryje w sobie prawdziwą bombę. Wraz z rozwojem akcji, nie tylko poznajemy przeszłość bohaterów, ale także jesteśmy światkami przyjaźni, jaka połączyła umierającego człowieka z młodą dziewczyną. Początkowo starszy pan nie okazuje zbytniego zainteresowania. Kiedy jednak widzi, że Sophia nie odpuszcza, postanawia pokazać jej swoją przeszłość. Wtedy dziewczyna odkrywa, że jego historia, pokazuje jej życie z zupełnie innej strony... Już nic nie jest jasne...
Głównych rolach możemy zobaczyć wspaniałą Britt Roberston, a u jej boku Scott Eastwooda i Alana Alde. Nie muszę chyba dodawać, że gdy pierwszy raz oglądnęłam, wycisnął ze mnie łzy :)

4. "CUDA Z NIEBA" (2016)

Prawdziwa historia życia Anny Beam, która zachorowała na bardzo rzadką chorobę zaburzenia trawienia. Lekarze nie dają jej szans, a z ust Anny pada po jakimś czasie prośba o śmierć. Jedno wydarzenie, zmienia w jej życiu wszystko.
Cóż mogę więcej napisać. Nie chcę zdradzać szczegółów tego filmu. Pokazana jest w nim cała choroba dziewczynki, a także... No właśnie :) Cud jest i to nie mały. Wszyscy, których Anna poznaje w trakcie swojej choroby, zostają w jej wspomnieniach i sercu na zawsze. Film pokazuje, jak ogromną moc może mieć wiara, niezależnie od tego, ile lat już chodzimy po świecie... Myślę, że warto poświęcić mu czas, gdyż jest to prawdziwa historia, którą warto poznać :)

5. "BRIDGET JONES 3" (2016)

Tej kobiety nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Tego pana raczej też nie... Para, która schodzi się tyle samo razy, co rozchodzi... Jednak za każdym razem robią to w tak niepowtarzalny sposób, że aż chce się więcej! Sama nie wiem, czy lepszy film czy książka. Tak świetne są obie wersje. Tym razem Bridget będzie miała dużo poważniejszy problem niż wybór faceta-któryś z nich został ojcem jej dziecka! Historia pełna humoru, niepowtarzalnych (jak zawsze zresztą) pomysłów przyszłej mamy oraz dwóch kandydatów. Który z nich okaże się tym właściwym? :D Nic więcej nie powiem bo zdradziłabym za dużo. Myślę, że fani Ed Sheerana też będą zachwyceni <3



Dzisiaj to na tyle. Nie chciałam się za bardzo rozpisywać, ponieważ uważam, że w takich propozycjach, nie chodzi o podawanie recenzji. Zresztą, komu chciałoby się to czytać. Tym razem postawiłam na wszystkie kategorie filmowe, jednak starałam się wybierać jednak z tych nowszych. Każdy film jest inny, każdy coś wnosi. Myślę, że w czasie tej fatalnej pogody, miło będzie usiąść z kimś i wspólnie pośmiać się czy popłakać, a może jedno i drugie? :D

Snapchat: Wikusia_blog
Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl

środa, 15 marca 2017

"Tak! Dasz radę!", czyli o tym, że będzie dobrze

Dwa tygodnie temu napisałam post o tym, co przeszłam, jaki stan towarzyszył mi w momencie, kiedy dowiedziałam się, że mam nową towarzyszkę życia. Zacznijmy może od tego, że wszystkie rady, które znajdą się w tym poście, są jedynie zbudowane na moich przeżyciach, są moim zdaniem w tej sprawie. Wiem, że nie będą się oni tyczyć wszystkich, którzy kiedyś znaleźli się w takiej sytuacji, ale jeżeli ten post pomógłby chociaż jednej osobie, to ja będę szczęśliwa i będzie to dla mnie sukces :)

Pierwszą rzeczą, która moim zdaniem jest jedną z najważniejszych, jest to, aby w tym najtrudniejszym okresie, nie być pozostawionym samym sobie. Wiem, że wiele osób stwierdza, że nie chce przytłaczać kogoś swoimi problemami, że inni go nie zrozumieją, że być może ktoś będzie się z tych problemów śmiać... To jest naturalna rzecz, że w naszej głowie pojawiają się takie myśli. Osoba, która tak uważa, zamyka się w sobie, staje się dla innych niewidzialna. W sumie, to funkcjonuje to tak, że albo nigdzie nie wychodzi i całymi dniami z nikim nie rozmawia, albo wychodzi tylko po to, aby załatwić jakąś sprawę i jak najszybciej wrócić do domu, do swoich czterech ścian. Właściwie, znalezienie osoby, która nas wysłucha, jest chyba w tym wszystkim najtrudniejsze... Często osoba, która jest załamana, nie zauważa, że coś jest z nią nie tak. Uważa, że jest to normalne. W takich momentach, warto mieć kogoś, kto to zauważy...

Kto może być taką "dobrą duszką", której wszystko powiemy? Każdy, w dosłownym znaczeniu tego słowa. Jeżeli nie chcemy porozmawiać o problemie ze znaną osobą, dobrze jest wygadać się komuś obcemu. Ktoś, kto nas nie zna, często może być obiektywny i pomóc nam zrozumieć naszą sytuację. Można też podzielić się swoim problemem na jakimś forum, gdzie nie będziemy musieli używać swojego imienia i nazwiska. Zdarza się jednak, że ludzie w naszym otoczeniu sami zaczynają zauważać problem. W moim przypadku, taką "duszyczką", której wszystko mówiłam, była moja przyjaciółka. Potrafiłyśmy rozmawiać o tym bardzo, bardzo długo, czasami, kiedy nie mogłam spać, często budziłam ją w nocy, pisząc, że nie mogę zasnąć, czy może ze mną pogadać i tak dalej. Niestety, mieszka ona na drugim końcu Polski, więc nie mogła mnie przyjść i przytulić, kiedy tego potrzebowałam. Wiedziałam jednak, że jest i że zawsze mogę na niej polegać (z czasem na blogu pojawi się także post o przyjaźni "na odległość" :) ). Z czasem, problem zaczęły zauważać moje przyjaciółki, z którymi widywałam się bardzo często. I nie powiem, też otrzymałam od nich ogromne wsparcie. Uważam, że świetną "duszką" może być druga połówka, czy to chłopak, czy dziewczyna. Taka osoba, zna nas najlepiej i powinna nie tylko zauważyć, że coś jest nie tak, ale i starać się pomóc.

Kolejną sprawą, o jakiej nie można zapomnieć, to akceptacja siebie. Jest to cholernie ciężkie zadanie. Wiele osób nie potrafi sobie po prostu powiedzieć "Dość! Ja nie potrafię tak żyć!". Z akceptacją siebie jest dokładnie tak samo. Każda kobieta wie chyba, jak trudno jest zaakceptować np. dodatkowe kilogramy. Podobnie jest chociażby z chorobą. Większość z nich da się wyleczyć i tutaj nie ma większego problemu. Gorzej jest, kiedy będzie nam ona towarzyszyć przez kolejne lata i musimy nauczyć się z nią żyć. Co robimy w przypadku zbędnych kilogramów? Walczymy! Nie dajemy za wygraną i jak najszybciej chcemy się ich pozbyć, a radość, przy spadku wagi jest nie do opisania, prawda? Walka z Panią Ł. czy każdą inną chorobą wygląda podobnie. Walczymy i nie dajemy za wygraną, a kiedy osiągniemy cel (nawet jeżeli na krótko i będziemy musieli za jakiś czas ponownie walczyć) czujemy ogromną satysfakcję, że daliśmy radę. Najlepiej jednak, aby ktoś nam to uświadomił.

Wiecie, jak ogromne znaczenie mają słowa: "Dasz radę!", "Nie poddawaj się!"? Ogromną. Dla dziecka, które uczy się pisać, każda kolejna literka, przybliża go do idealnej kreski przy "T", czy pięknie zaokrąglonego brzuszka "B". Co wtedy robi kochająca mama? Siedzi nad swoim maluchem i powtarza do znudzenia: "Pięknie", "Napisz jeszcze jedną, będzie lepiej", "Poradzisz sobie z następną". To samo, powinna zrobić osoba, która jest tą "dobrą duszką". Wiecie, co potrzebuje osoba, która jest w takiej sytuacji? Pragnie, aby ktoś przyszedł, usiadł obok, przytulił i powiedział: "Jesteś silna! Dasz radę! Przejdziemy przez to razem!". To wystarczy. Moim zdaniem nie jest to dużo. 

Te kilka rad, to moje prywatne przemyślenia. Uważam, że problem polega na tym, że większość osób z otoczenia nie widzi tego "problemu". Podobnie było ze mną. Byłam przez długi okres sama. Nikt ze mną nie rozmawiał, nikt nie przyszedł, nie przytulił., mimo, że bardzo tego potrzebowałam :( Byłam sama. A tak niewiele wystarczyło. Wierzcie mi, że naprawdę warto, czasami rozejrzeć się wokół i zapytać cichej osóbki siedzącej samotnie w kącie: "Czy wszystko w porządku?". Na pewno nikt nie będzie miał Wam za złe tego pytania, a czasami możecie nieświadomie sprawić, że to osoba znowu zacznie żyć...

Snapchat: Wikusia_blog
Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl

sobota, 11 marca 2017

Rozczarowanie i zaskoczenie tego tygodnia w telewizji...

Na początku chcę Wam powiedzieć, że pani Ł, dała o sobie znać i wyszła wszędzie, gdzie mogła :/ Być może jest to efekt stresu, czego bym się nie zdziwiła, bo konkurs z psychologii wywołał u mnie mega stres :/ Ale walczymy i za mam nadzieję, że za niedługo znów się rozstaniemy.
Co do konkursu, to nie przeszłam dalej, ale mam wysokie miejsce i jestem z siebie naprawdę dumna :) Dało mi to naprawdę dużo do myślenia i mam nadzieję, że nie przestanę. Poza tym, dziękuję za wszystkie kciuki <3

Kolejną sprawą, jaką chciałam Wam napisać, to przepraszam za ostatnie zamieszanie na blogu. We wtorek nie było wpisu, w środę nie miałam kompletnie pomysłu co napisać. W tym tygodniu jednak wszystko wraca do normy :) We wtorek obiecany od dwóch tygodni post jak pomóc załamanej osobie, a w piątek "(...) pozycji, którym warto poświęcić czas" :) Jeżeli ktoś więc ma czas i ochotę poczytać, to zapraszam we wtorek i piątek :)

Wracając do tematu. Tytuł dzisiejszego wpisu nie jest przypadkowy. W tym tygodniu było kilka premier, a między innymi jedna, na którą czekali chyba wszyscy fani, ale zamiast zaskoczenia, na które wszyscy czekali, zyskali spore ROZCZAROWANIE! Ja sama także się tego nie spodziewałam i miałam nadzieję do ostatniej minuty odcinka, że to tylko takie podpuszczanie. No cóż. Myliłam się. Dzisiaj więc będzie troszkę o serialu "Sprawiedliwi..." (pojawią się spojlery dla tych, którzy nie oglądali)

Zacznijmy może od tego, że cały pierwszy sezon, a przede wszystkim ostatnie odcinki były bardzo emocjonujące dla fanów jednej z par policjantów. Mowa oczywiście o Adamie i Marysi. Co tam zdanie rodziców, co tam różnica wieku... Ważne że się kochali :P A ponieważ nasi scenarzyści mają bardzo bujną wyobraźnię, czego nie da się ukryć patrząc także na inne seriale, to zakończyli z potężnym przytupem: śmierć jednej z drugoplanowych, ale jakże ważnych postaci była szokiem, ale nikt nie spodziewał się wypadku na koniec odcinka. Oczywiście od razu zaczęło się gdybanie, czy przeżyli, czy nie... Powstało parę bardzo ciekawych teorii i wszyscy czekali... Czekali w niecierpliwości na nowy sezon. Czytanie streszczeń odcinków, sprawdzanie czy może nie ma w nich nazwisk, czy imion ulubionych bohaterów. No i w końcu nadszedł ten upragniony dzień premiery, a wraz z nim... rozczarowanie. Myślę, że to nie tylko moje zdanie. W każdym razie, odcinek zaczął się od pogrzebu i wszyscy ci, którzy nie czytali streszczeń zapewne przeżyli szok, że to pogrzeb Marii. Okazało się inaczej. Ale to nic. To jeszcze w miarę do przeżycia. Nie ma to jak zakończyć sezon wypadkiem, a rozpocząć od... Właściwie to nie wiem. Chyba nikt tego nie wie... A wystarczyłby napis na początku odcinka: 3 miesiące później, czy coś... Bo tak... Zaczął się sezon, wszyscy cali i zdrowi, o wypadku dwa zdania i uwaga! Z wielkiej miłości, zostało ogromne ZERO... Nic. Nie wyjaśnione, chociaż z wypowiedzi Marii wynika, że się pokłócili, ale mimo to. Nie wiem. Zupełnie inaczej sobie to wyobrażałam. No, ale żeby nie było tak tragicznie, pojawia się w odcinku syn Adama. Od razu robi się ciekawiej, chociaż nie... Jednak nie... Mam nadzieję, że w ciągu kilku odcinków przynajmniej część rzeczy się wyjaśni, bo jak nie, to stwierdzę, że z naprawdę dobrego serialu, zrobili dno... A największą głupotą, jaka mogła być, było urwanie odcinka w połowie... Tak po prostu. Wiem, że kontynuacja będzie w poniedziałek, ale nawet Amerykanie potrafią napisać "TO BE CONTINUED". Nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Nie skreślam tego serialu, ale mimo to wszystko, jestem zawiedziona, bo liczyłam na coś więcej. Nawet śmiać mi się nie chciało z tekstów Bolka...

Ale skoro było rozczarowanie, to musi być też zaskoczenie :D

Nigdy jakoś nie mam czasu oglądać programów w telewizji. Najgorsze jest to, że często po prostu lecą w późnych godzinach, kiedy albo się uczę, albo śpię :D Dobrze, że jeszcze tvnplayer funkcjonuje. Zawsze lubiłam oglądnąć sobie "Ostre cięcie" na TTV. Więc postanowiłam, że dla odstresowania pooglądam sobie kilka odcinków. Skończyło się na 4 sezonach :D I żeby nie było, że się nie uczę ani nic :P Bo jak się uczyłam do konkursu to musiałam sobie robić przerwy :) I właśnie tak one wyglądały. Cały program prowadzony jest przez dwóch fryzjerów: Andrzeja Wierzbickiego i Tomasza Schmidt'a. Polega na tym, że pomagają salonom fryzjerskim z całej Polski odbić się od dna. Nie zawsze się to udaje, ale jest na co popatrzeć :) Czasami winne wszystkiemu są konflikt, często brak umiejętności. Co Wam mogę powiedzieć. U fryzjera nie byłam już... Parę ładnych lat. Eksperymentowałam z włosami gdy miałam kilka lat. Miałam włosy ścinane na boba, miałam asymetrie, właściwie chyba większość takich krótkich fryzur. Później zaczęłam zapuszczać i nie żałuję na dzień dzisiejszy. Nawet wiem, że nie zetnę włosów, chociaż często zastanawiałam się, jakby mi było w jakiejś innej fryzurze. I co? Chciałam jakiś czas temu zmiany, to zrobiłam. A właściwie wszystko jest dziełem mojej mamy, która dba o moje "kłaczki" :D Jestem jasną blondynką :D Jak wiecie nie wiążę włosów, więc zależy mi, żeby mieć piękne włosy, i nie musieć ich zawsze prostować. Naturalne mam kręcone (zrobię post o tym jak o nie dbam itd, bo myślę, że jest to ciekawy temat, tym bardziej, że poświęcam im bardzo dużo czasu i uwagi) i zależy mi, żeby były idealne i miały przepiękny skręt. Kiedy tak oglądałam sobie ten program, to mam podobnie jak moi rodzice z "Kuchennymi Rewolucjami" :D Przestali chodzić do restauracji :P No dobra.. Złożyło się na to kilka żenujących epizodów, ale cóż. Ja jakoś dopóki nie będę musiała, to nie pójdę do fryzjera. A jeżeli już, to chyba będę szukała naprawdę polecanego salonu, żeby oddać moje kłaczki w ręce kogoś, kto o nie zadba, a nie zniszczy <3 W każdym razie. Polecam ten program, nie tylko osobom które mają coś wspólnego z fryzjerstwem (można parę rzeczy podpatrzeć), ale także tym wcale nie związanym, którzy szukają jakiś wskazówek jak np. dbać o włosy :)

niedziela, 5 marca 2017

Kilka pozycji, którym warto poświęcić czas...

Z lekkim poślizgiem, spowodowanym przygotowaniami do turnieju psychologicznego, który będzie miał miejsce we wtorek, wracam do Was z postem, który miał ukazać się w piątek :) Niestety przez natłok obowiązków, a także warsztaty dziennikarskie, nie miałam czasu, żeby coś napisać, a kiedy próbowałam, to mój telefon wylądował w kieszeni księdza (tak się kończy próba pisania postów na religii :D ). Ale wracając do tematu :) Dzisiaj, jako że to pierwszy post z serii postów z propozycjami książkowymi, serialowymi czy filmowymi, chciałabym, troszkę pomieszać. Będzie coś zarówno z literatury, jak i z telewizji, a także z historii kina coś się znajdzie :D Nie będzie to jednak jakiś bardzo długi post, ponieważ muszę wracać do czytania literatury konkursowej (mam nadzieję że kciuki będziecie trzymać) :)

Na pierwszy ogień pójdzie... literatura :)
(żeby nie było. Ostatnio czytam naprawdę masę książek i nie jest to moja ulubiona książka, ale jedna z tych, którym na prawdę warto poświęcić czas :) )

1. "BEZ MOJEJ ZGODY"-Jodi Picoult

Krótko, zwięźle i na temat, chociaż nie wiem, czy o tej książce się da. Kilka lat temu oglądałam film. Uważałam, iż jest to jeden z lepszych filmów, chociaż jeżeli chodzi o tą tematykę, jest dużo lepszych. Nie brałam się za książkę z prostych powodów. Bałam się, że film jest jej dokładnym odwzorowaniem. Mogłabym Wam napisać długi post dotyczący różnic między filmem i książką, ale napiszę tylko jedno: przeżyłam szok. Nie pamiętam książki, która wywołała we mnie tyle emocji i przemyśleń, że jeszcze długo po jej zakończeniu nie mogłam wyrzucić jej z głowy. Mając na myśli film napisałabym: "Poruszająca historia dziewczynki, która musi podjąć najcięższą decyzję: zdecydować o śmierci siostry". O książce nie da się tak powiedzieć. To nie tylko historia walki Kate o zdrowie, czy ciężka decyzja Anny. To także historia poszukiwania miłości rodziców, której jedenastoletnia dziewczynka nigdy nie doświadczyła. Zaskoczeniem dla tych którzy oglądali film, będzie pojawienie się Juli-ukochanej adwokata sprzed lat, a także nowy wątek. Historia miłości, która pokazuje, że jeśli się kogoś kocha, to nie tylko jest się z nim w najgorszych momentach, ale jest się w stanie czekać na niego długie lata i nie zapomnieć...
Cóż więcej mogę powiedzieć... Na długie weekendowe wieczory-IDEALNA!

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy lubią, czy też mają czas na czytanie, więc pora na coś z kategorii telewizyjnej :)
(ostatnio wspominałam Wam o rewelacyjnym serialu "SPRAWIEDLIWI-WYDZIAŁ KRYMINALNY". Dla oglądających, przypominam o zbliżającej się premierze drugiego sezonu, już 8 marca!!! Kto wie, może jakiś post po emisji? :) )

2. "WIKTORIA"-serial brytyjski (aktualnie emitowany przez TVP)

Stwierdzam, iż oglądam za dużo seriali... Ale to dobrze :D Będzie o czym pisać :) Wracając do tematu. Czekałam na ten serial bardzo długo. Odcinki oglądałam nawet w wersji oryginalnej, bez tłumaczenia. Opowiada on historię królowej Wiktorii, od objęcia przez nią tronu Anglii w wieku 18 lat do... no właśnie. Tutaj jest pytanie, bowiem I sezon zakończył się na narodzinach pierwszej córki, Wiktorii. Właściwie, jest on wyjątkowy w całej swojej okazałości. Każdy odcinek dopracowany, świetnie dobrani aktorzy (w roli Wiktorii-Jenna Coleman/w roli Alberta-Tom Hughes/a także wiele innych wspaniałych), a nawet stroje uszyte na bazie prawdziwych. Krótko mówiąc-aż chce się oglądać! Początkowo jednak nie mogłam przekonać się do księcia Alberta. Wydawał mi się... dziwny. Może dlatego, że przed oczami wciąż miałam świetnie wykreowaną postać Ruperta Frienda z filmu "Młoda Wiktoria", który oglądałam setki razy :D Ale nie o tym. Każdy, kto zna biografię królowej Wiktorii, a także niezwykłą historię jej miłości do księcia Alberta, musi oglądnąć ten serial. Przynajmniej kilka odcinków :) Niektóre sceny, a także towarzysząca im muzyka, na długo zagoszczą w waszej głowie :)
Jeżeli chodzi o mnie, z niecierpliwością czekam na kolejny sezon :) Mam nadzieję, że zachwyci mnie tak samo jak pierwszy...

Nadszedł czas, aby poświęcić chwilę nowinkom kina :) Bowiem dzisiaj nie będę pisała o filmie sprzed kilku lat, a o jednym z znajdujących się obecnie w repertuarze :) Kto wie, może ktoś się wybierze?

3. "PORADY NA ZDRADY"-komedia 2017r.

Kto z nas po zdradzie nie chciałby dokopać chłopakowi/dziewczynie? Chyba każdy. Ten kto to przeżył wie, z czym to się wiąże. Wiedzą o tym też dwie kobiety: Kalina (w tej roli Magdalena Lamparska) oraz Fretka (Anna Dereszowska). Jedna, odkrywa zdradę narzeczonego w dniu ślubu, druga nakrywa swojego mężczyznę w samochodzie z inną. Obie koniec końców postanawiają pomóc innym kobietom, które zastanawiają się czy ich mężczyźnie ich nie okłamują-zostają "testerkami wierności". Oczywiście wraz z rozwijającą się akcją, pojawiają się także obiekty westchnień dziewczyn :) Nie będę jednak zdradzać szczegółów, bo po co iść do kina? :D Ogólnie rzecz ujmując: przyjemna, lekka komedia, z gwiazdorską obsadą i ciekawą historią. Warto wybrać się do kina, póki jeszcze leci :D

Na dzisiaj to chyba wszystko :) Mam nadzieję, że ktoś skorzysta z moich propozycji. Kolejny post będzie bardziej ukierunkowany na literaturę, film bądź serial :) Dzisiaj z braku czasu, a także z racji tego, że to pierwszy taki post, jest misz-masz wszystkiego :D Od czasu do czasu będę także zamieszczać aktualności kinowe (przede wszystkim w tym miesiącu, ponieważ jest kilka ciekawych pozycji), które mogą się wyróżniać :) Nie wiem co pojawi się w piątek. Być może pięć filmów. Nie wiem czy zrobię już podział na dramaty, komedie itd, ponieważ muszę to sobie najpierw wszystko ładnie poukładać. Być może piątek będzie również poświęcony serialowej premierze, czyli "Sprawiedliwym..." (jak już wspominałam). Wszystko się okaże :)
Będzie mi miło, jeżeli i wy podacie swoje propozycje w komentarzach :) A może Wy macie jakąś ciekawą propozycję, której mogłabym poświęcić swój czas? :D

środa, 1 marca 2017

Gdy przyjdą ciężkie chwile, czyli parę słów o załamaniu...

Z racji tego, że tydzień temu było troszkę luźniej (wiadomo-seriale, filmy i te sprawy :) ), dzisiaj przyszedł czas na post, w którym poruszę coś, o czym nie łatwo mi mówić. W moim pierwszym poście zdradziłam Wam tajemnicę, o której mówię niewielu osobom z mojego otoczenia. Dzisiaj nawiążę do niego, ponieważ chciałabym poruszyć temat najtrudniejszego okresu, który dotyka wielu osób.

Kiedy dowiedziałam się o tym, że pani Ł. postanowiła na stałe zagościć w moim życiu, nastał jeden z najgorszych okresów. Przed diagnozą pocieszałam się, że to może jednak coś innego, więc nie stresowałam się aż tak bardzo. Jednak u lekarza puściły mi nerwy-załamałam się. Na szczęście były wtedy wakacje. Nie chcę myśleć, co działoby się ze mną, jeżeli taka sytuacja miałaby miejsce w roku szkolnym. Wróciłam do domu, położyłam w łóżku i kompletnie nie chciałam z nikim o tym rozmawiać. Chociaż nie.. Chciałam porozmawiać z pewną najbliższą mi osobą, ale nie zrozumiała mnie. Stwierdziła że przesadzam, że nic mi się nie dzieje. Krótko mówiąc-nie otrzymałam od niej wsparcia, którego w tamtym momencie tak bardzo potrzebowałam. Chciałam, żeby przyszła, przytuliła, ale nic takiego nie miało miejsca. Być może to również wpłynęło na to, jak bardzo się załamałam.
Czułam, że jestem pozostawiona sama sobie, że nie mam wpływu na to jak się czuję. Słysząc o łuszczycy, łzy napływały mi do oczu, chciałam uciec w kąt, zamknąć się w pokoju. Moim najlepszym przyjacielem stała się poduszka, w którą wylałam morze słonych kropel. Trwało to kilka długich tygodni. Później na chwilę czułam się nieco lepiej, jednak wszystko wróciło, gdy pani Ł. zagościła na moich rękach, nogach.

Teraz, z perspektywy czasu zastanawiam się, czy musiało tak być? Czy nie dało się temu jakoś zapobiec? Czy te kilka miesięcy, ponieważ tyle czasu zajęło mi uporanie się ze sobą, musiało minąć, abym to zrozumiała?

TAK. W moim przypadku potrzebowałam dużo więcej czasu. Myślę, że ogromny wpływ miało również to, że byłam z tym sama. Nie miałam obok nikogo, kto by mnie przytulił, powiedział, że dam sobie z tym radę, że wszystko się ułoży. Oczywiście, moje przyjaciółki po czasie zaczęły zauważać, że coś jest ze mną nie tak, że nie jestem tą samą osobą, którą byłam wcześniej. Przestałam wychodzić z nimi do kina, teatru czy na jakikolwiek spacer. Chyba trzeba powiedzieć sobie wprost: patrzyłam na świat przez pryzmat pani Ł.  Nadszedł jednak czas, gdy powiedziałam sobie STOP!

Zaczęłam żyć od nowa. Nie byłam już tą samą osobą, co przed tym jakże trudnym okresem. Zmienił się mój pogląd na świat. Oczywiście, ciągle mam jakieś załamania, chwile grozy... Ale zaczynam sobie z tym radzić i z czasem jest coraz lepiej :) Każdy, kto przeżył coś takiego wie, jakie to trudne. Jak wiele siły trzeba w sobie mieć, żeby przezwyciężyć ten stan, w jakim się znalazło. Ja daje radę, choć ani pani Ł. ani depresja nie dają za wygraną...

A już za tydzień zapraszam Was na kolejny post o tym, jak uporać się z załamaniem :) Tym razem będzie mowa o tym, co może pomóc nam poradzić sobie z tym stanem i zacząć znów żyć :)

środa, 22 lutego 2017

Książki, filmy, seriale...czyli coś, co umila czas...

Przez cały tydzień myślałam tylko o tym, o czym napisać dzisiejszy post. Co w nim zawrzeć, o czym Wam opowiedzieć... Mam mnóstwo tematów, o których mogłabym pisać godzinami. Przykładem mogą być chociażby seriale :) Jestem zarówno książkoholiczką, jak i serialoholiczką. Jak mam doła, to albo czytam, albo oglądam :D Oczywiście, nie mówię, że się nie uczę. Wręcz przeciwnie! Na seriale przeznaczam soboty lub niedziele, kiedy już wszystko mam zrobione na nadchodzący tydzień.

Skoro już wspomniałam, że kocham książki, to powiem tak. Gdybym miała kupować wszystkie, które przeczytałam, to już dawno moi rodzice by zbankrutowali :D Dużo książek czytam w formie ebook-ów. Ostatnio niestety nie miałam czasu, a nawet nie wiecie jak bardzo mnie to dręczy i boli, ponieważ mam trzy nowe książki na półce, które tak bardzo mnie kuszą i nie mogę ich przeczytać :( No ale jak zdam wszystkie zaległe rzeczy to pochłonę je bardzo szybko. W najbliższym czasie ukaże się także recenzja jednej z książek, ale na razie nic nie mówię.

Jeżeli chodzi o seriale, to nie umiem bez nich żyć (podobnie jak bez książek). Kiedy już siedzę na komputerze to najczęściej coś oglądam. Wkrótce ruszają też nowe sezony i zupełnie nowiutkie seriale, więc nareszcie koniec z powtórkami i będzie coś nowego. Wierzcie mi... Są odcinki, które w ostatnim czasie leciały po cztery razy w TV, więc można je znać na pamięć :D Ale nie jest aż tak źle.
Myślę, że może zrobię osobne posty z tymi rzeczami. Kto wie? Może zrobię "10 książkowych pozycji, którym warto poświęcić czas"? Podobne mogę napisać z serialami i filmami :) To byłoby coś. Nawet można zrobić jeden dzień w tygodniu, w którym będą się pojawiać albo recenzje, albo właśnie takie posty czemu warto poświęcić czas. Napiszcie, co o tym myślicie :)

Korzystając z okazji, chciałabym Wam polecić jeden z polskich seriali, który miał swoją premierę końcem sierpnia ubiegłego roku, a nowy sezon rozpoczyna się 8 marca, czyli dość późno. Mowa o serialu "Sprawiedliwi-wydział kryminalny". Emitowany jest on od poniedziałku do czwartku o godzinie 20:00. Niektórzy mówią, że to takie dziecko "Policjantek i policjantów", jednak moim zdaniem jest o wiele, wiele lepszy. Może dlatego, że nigdy jakoś nie byłam przekonana do końca do tego serialu. Nie wiem. Na pewno ogromnym plusem dla "Sprawiedliwych..." jest fantastyczna rola Marka Włodarczyka. Kto go nie kojarzy z serialu "Kryminalni"? Fakt faktem był emitowany w telewizji, gdy miałam raptem kilka lat, ale w któreś wakacje nadrobiłam wszystkie odcinki :) Było warto. Myślę, że właśnie to mnie przekonało, aby zainteresować się nowym serialem stacji TV4. Nie jest to typowy serial kryminalny. Głównymi bohaterami są dwie pary policjantów: komisarz Adam Stasiak (Arkadiusz Karpiński) i aspirant Maria Przybylska (Weronika Lewoń) oraz podkomisarz Paulina Wach (Kamila Ścibiorek) i aspirant Jakub Walczak (Michał Mrozek). Oczywiście nad całą bandą czuwa niezastąpiony naczelnik Edward Kubis (Marek Włodarczyk). Mogłabym dłuuugo pisać o tym, kto namiesza, między kim coś zaiskrzy... Ale to by nie miała za dużego sensu. Chyba, że będziecie chcieli :) Piszcie w komentarzu :) Czy czekam na nowy sezon? Jak nie wiem na co! I jest to uzasadnione czekanie, ponieważ sezon pierwszy zakończył się w najgorszy możliwy sposób, a wszystkie opisy nowych odcinków tak na prawdę niewiele mówią (wiedzą jak widza trzymać w niepewności), a przez cały czas oczekiwania były jedynie drobne zajawki i ogromne gdybanie, co by było GDYBY... No właśnie. Gdyby. Ja też sobie gdybałam i nawet opowiadanie z tego wyszło. Ogólnie rzecz ujmując cały serial to nie tylko zbrodnia i dochodzenie-to olbrzymia dawka humoru, której większość z nas potrzebuje na koniec dnia :) Aktorzy, poza Markiem Włodarczykiem mało znani, niektórzy wcale, co ma też swoje plusy :) Mam tylko nadzieję, że scenarzystów fantazja za bardzo nie poniosła i nie będzie żadnych zmian, bo chyba wtedy nie wytrzymam :D

Polecam sobie zerknąć na chociaż jeden odcinek (byle nie od końca :D ). Może akurat przypadnie Wam do gustu :)

Myślę, że za tydzień w piątek kolejna dawka filmowo-serialowo-książkowego szaleństwa :) Skoro większość ma czas na oglądanie tylko w weekendy, to właśnie w piątki będę Wam podsuwać pomysły :) Co wy na to?

środa, 15 lutego 2017

Moja przyjaciółka, czyli jak to wszystko się zaczęło...

Czy mieliście kiedykolwiek wrażenie, że boicie się czegoś, co może się stać?
Czy przeczesywaliście sobie włosy kilkukrotnie w ciągu dnia, aby sprawdzić, czy nic się nie zmieniło?
Czy mieliście kiedyś tak, że macie ochotę na coś dobrego i właśnie w tym momencie uświadamiacie sobie, że nie możecie?

Pewnie większość z Was odpowiedziała na pytania nie. A teraz wyobraźcie sobie, że to wszystko dotyczy konkretnie waszej osoby. To trudne, bo w końcu wszystko co złe odsuwamy od siebie jak najdalej. A teraz: Wyobraźcie sobie, że idziecie ulicą i przechodzi obok osoba, która ma (np. na ramieniu) czerwoną plamę... Co zrobilibyście, gdyby podeszła do Was i zapytała o coś?

Może pozostawię to dla Was. Sami odpowiedzcie sobie na to pytanie. W końcu.. nie o tym miał być ten post. Mam na imię Weronika. W tym roku skończę osiemnaście lat, więc już powoli wkraczam w dorosłe życie. Snuję plany na przyszłość, marzę o dobrze zdanej matury w przyszłym roku... Moją pasją jest muzyka (gram na fortepianie, organach kościelnych, gitarze, a do tego śpiewam :) ) oraz pisanie (być może kiedyś pojawi się jakieś opowiadanko, jeżeli będziecie chcieli :D ). Nie mam jeszcze drugiej połówki, ale kto wie? Życie lubi zaskakiwać.. :D Ktoś, kto spotkałby mnie na ulicy, śmiało powiedziałby, że jestem jedną z wielu dziewczyn. Jest jednak coś, co mnie wyróżnia i sprawia, że nie jestem w 100% taka, jak inne...

Od czasu do czasu na moim ciele pojawia się kilka czerwonych plamek... Przyznam szczerze, że wtedy lepiej nie zachodzić mi w drogę, bo jedyne co chcę zrobić, to pójść w kąt i zacząć płakać... Oczywiście, z czasem wszystko mi przechodzi, ale z nikim o tym nie rozmawiam. Krótko mówiąc-zamykam się w sobie.

Wszystko zaczęło się, kiedy miałam szesnaście lat, czyli ponad rok temu. Na głowie pojawiła mi się czerwona plama, która na dodatek przy drapaniu, osypywała się. Początkowo byłam przekonana, że to tylko łupież i wraz ze zmianą szamponu, znikną wszystkie moje problemy. Niestety. Nic nie zniknęło, a nawet wręcz przeciwnie. Było większe... Przestałam chodzić w kokach, warkoczach, a nawet kucykach. Jedyną fryzurą, jaką akceptowałam, były rozpuszczone włosy (mam dość długie, więc bez problemu były w stanie zakryć mój problem.) Nie sprawiło to jednak, że czułam się z tym chociaż trochę lepiej. Zmiany w moim zachowaniu dostrzegli też rodzice. Oczywiście, jak to w Polsce bywa, żeby dostać się do lekarza odczekałam sobie ponad dwa miesiące, codziennie martwiąc się, żeby to nie było coś poważnego, tylko jakieś uczulenie (jestem alergiczką, więc wcale bym się nie zdziwiła). Kiedy w końcu poszłam na wizytę i pani dermatolog oglądnęła moją głowę... Cóż.. Będę szczera... Załamałam się. Jestem bardzo nerwowa od dziecka i to co usłyszałam sprawiło, że gdy wróciłam do domu położyłam się w łóżku i dobrych parę godzin przepłakałam (pewnie teraz pomyślicie sobie, że dramatyzuję, że co to jest plama na głowie, ale dla mnie wtedy zawalił się świat).

Łuszczyca...

Tak to wszystko się zaczęło. Pewnie większość z Was nie zrozumie, jak wiele może zmienić w życiu jedno słowo. Ja wiem... Postanowiłam założyć bloga, ponieważ kilka osób (te które wiedzą, a jest ich niewiele) doradziło mi. Poza tym, kiedy zaczęłam szukać czegokolwiek na temat mojej choroby, z którą przyszło mi się zaprzyjaźnić, to niewiele znalazłam. Chciałabym, aby ten blog nie obracał się tylko wokół łuszczycy. Marzy mi się, aby było to miejsce, gdzie będę pisać o życiu zwykłej dziewczyny, prawie niczym nie różniącą się od tych chodzących po ulicach, zmierzających do pracy czy szkoły :) Bo jednak jest to choroba, z którą można normalnie żyć i bardzo chcę to pokazać :D Kto wie.. Może komuś przyda się to, o czym będę pisała i pomoże w chwilach takich jak te, kiedy szukałam pomocy i jej nie znalazłam...

Od czasu do czasu na moim ciele pojawia się kilka czerwonych plamek... Właśnie dlatego "Kolorowe życie Biedronki"...