środa, 2 sierpnia 2017

Mam kaprys, czyli... recenzja kosmetyków BELL HYPOALLERGENIC

Hej kochani! Wiem, ze dość dawno mnie tu nie było, ale... przez przypadek usunęłam sobie post dla Was... :( Byłam wściekła, no ale cóż zrobić. Zdarza się... Postanowiłam więc go odtworzyć od nowa... I chyba się udało :D Zapraszam :)

Moja kolekcja kosmetyków Bell HypoAllergenic
Zacznę może od tego, że mam bardzo wrażliwą skórę twarzy, a do tego jestem alergiczką. Wiele kosmetyków mnie niestety uczula, a najbardziej na twarzy. Nie mogę nawet używać pewnego kremu dla dzieci na zimne dni. Smaruje się nim niemowlaki, a mnie uczula... I gdzie tu sprawiedliwość?! Tak gdzieś do trzeciej klasy gimnazjum, malowałam się delikatnie (mam na myśli podkreślenie rzęs i delikatna szminka). Długo tak było, ale w liceum niestety zostałam postawiona pod murem w momencie, kiedy dostałam rolę w serialu. Nie chciałam ryzykować makijażu kosmetykami na planie, których nie znam, gdyż nie miałam pojęcia jak się zachowa moja skóra, a ryzykować, no trochę głupi pomysł... Mama zabrała mnie więc na zakupy. Wiecie co.. Wolę sobie nie przypominać, ile wtedy wydałam na raz, ale znalazłam swoich ulubieńców, którzy goszczą w mojej kosmetyczce do dziś :)


Fluid multifunkcyjny (krem BB), 24,99 zł

Zacznę od kosmetyków do makijażu twarzy, choć rzadko to robię, Krem BB który tutaj widzicie był ze mną od samego początku i mogę na jego temat sporo powiedzieć. Posiadam odcień NATURAL 02, czyli jeden z jaśniejszych. Przyznam szczerze, że poza planem używałam go raptem kilka razy, ale plan był dla niego prawdziwym testem wytrzymałości. Za pierwszym razem nie miał dużego wyzwania-po prostu wytrzymać cały dzień. Natomiast następnym razem miał bardzo podwyższoną poprzeczkę. Po pierwsze, był piekielny upał, co nie było łatwe dla żadnego podkładu. Ten krem bardzo ładnie sobie jednak poradził, zapewniając dość ładne krycie. Nic nie spływało, mimo prażącego słońca, nie marszczył się, a przede wszystkim przetrwał cały dzień bez poprawek :) Ma dość gęstą konsystencję i trzeba porządnie go rozprowadzić, bo każda nierówność jest niestety widoczna.


Fluid dopasowujący się do twarzy, 26,99 zł

Krem BB ma sporą konkurencję, bowiem ostatnio w moje łapki wpadł fluid z tej samej firmy. Przyznam szczerze, że od pierwszego użycia stał się moim ulubieńcem. Posiadam odcień TRUE NATURAL 02. Ma nieco mniejsze krycie niż krem, jest dość rzadki, dlatego często spływa z ręki, co nie jest zbyt komfortowe. Za to bardzo ładnie prezentuje się na twarzy i faktycznie dopasowuje się do skóry. W przeciwieństwie do jego poprzednika jest na twarzy wręcz niewyczuwalny. Niestety ma też słabsze krycie, dlatego polecałabym go raczej dziewczynom, które nie mają za dużych problemów z cerą. Dla mnie jest idealny. Wytrzymuje bez problemu cały dzień i noszę go samego, bez pudrów i innych kosmetyków. Co do wydajności nie mam jakichkolwiek zastrzeżeń. Zwykle na cały makijaż zużywam półtorej do dwóch pompek :) Opakowanie porządne i całkiem ładne, ale po każdym użyciu należy je wyczyścić bo bardzo łatwo się brudzi.


Puder matujący, 18,99 zł

Puder jest ze mną od samego początku. Ciągle ten sam w odcieniu 03, jednak już drugie opakowanie. Pierwsze niestety upadło i końcówka pudru się rozsypała. Zacznijmy może od opakowania. Trzeba przyznać, że jest całkiem porządne. W środku ma lusterko, co pozwala nam poprawić makijaż w każdej chwili. Wrzucane do torebki jeszcze nigdy się nie połamało. Jak widać na zdjęciu w środku znajdziemy także gąbeczkę, którą całkiem przyjemnie nakłada się produkt. Co do samego pudru, ma on bardzo delikatną formę, która świetnie prezentuje się na twarzy. Jest delikatnie odczuwalny, ale czułam się w nim naprawdę komfortowo. Co ważne, to to, że nawet po kilku warstwach, nie tworzy tak zwanej "maski" na twarzy, tylko prezentuje się idealnie cały dzień. Aktualnie używam go także jako pomoc przy makijażu oczu (przy blendowaniu cieni) i także sprawdza się doskonale. Warto zaznaczyć, że nawet w trzydziestostopniowym upale trzymał się bardzo ładnie. :)


Zestaw do stylizacji brwi, 17,99 zł


Teraz przejdźmy do kolejnej części makijażu, czyli brwi. Muszę się przyznać, że w tym temacie szkolę się od niedawna, jednak ten zestaw daje radę. W opakowaniu znajduje się wosk, dwa cienie (jeden jaśniejszy, drugi ciemniejszy), malutki pędzelek (którym nakłada się komfortowo produkt tylko przez kilka pierwszych tygodni, po czym się "rozdziabia" i do niczego nie nadaje) oraz szczoteczkę, a po drugiej stronie znajdziemy sporych rozmiarów lusterko, co jest bardzo pomocne. Zarówno z woskiem, jak i bez prezentują się pięknie przez cały dzień. W moim wypadku jest jeden mały problem. Żadna paletka nie posiada cieni idealnych dla mnie. Są one albo za ciemnem albo za jasne. Kiedy pomieszam oba kolory w paletce, wyglądają ładnie, ale niestety oba na raz. Miałam opakowanie 01, a na zdjęciu prezentuję wam 02. Jeżeli ktoś zaczyna, lub chce zacząć swoją przygodę z brwiami, to ten produkt jest idealny <3


Cienie do powiek, 17,99 zł

Teraz troszkę pomarudzę. Dlaczego? Ponieważ te cuda niestety nie spełniły moich oczekiwań :( W sklepie przyciągnęły mnie przepiękne kolory, delikatna konsystencja, a także dopasowanie do siebie. Opakowanie ładne, cienie wyglądają naprawdę fajnie, no ale to chyba na tyle. Niestety mimo wielu prób, na mojej powiece są prawie niewidoczne. Mocno się osypują, rozcierają się dość ładnie, ale ich pigmentacja pozostawia wiele do życzenia :/ Nie skreślam ich całkowicie, ponieważ do makijaży dziennych, które są bardzo delikatne, spisują się idealnie. Nie wymagam od nich szokującej trwałości, ale nie rozmazują się w ciągu dnia i nie zbierają na powiece. Myślę, że fajne będą dla osób zaczynających przygodę z makijażem, a także dla tych mało wymagających :)

Pudrowa pomadka do ust, 17,99 zł
Czas na mój hit tego lata. Przedstawiam Wam pudrową matową pomadkę do ust w odcieniu 05. Nie wiem co mogłabym o niej powiedzieć. Dla mnie jest wprost idealna. Jeżeli chodzi o kolor jest to czerwień w odcieniu różu. Na ustach prezentuje się fantastycznie, przede wszystkim w połączeniu z delikatnym makijażem oczu. Ma rewelacyjną konsystencję, wspaniale nakłada się na usta, ale i nosi. Jest dość cienka, łatwo ją schować do torebki. Trwałość ma bardzo dobrą, wytrzymuje cały dzień z drobnymi poprawkami. Najlepsza matowa pomadka jaką miałam. Polecam z całego serduszka!

Pomadka w kredce, 15,99 zł
Na koniec prezentuję Wam mój faworyt jeżeli chodzi o tą firmę i pomadki. Kocham szminki (jeszcze tego nie wiedzieliście, ale moja kolekcja szminek jest naprawdę spora :D ), a ta jest super. już ponad rok jej używam, wiec jest na wykończeniu, ale mogę polecić każdemu. Rewelacyjnie rozprowadza się na ustach, które po zaaplikowaniu jej nie lepią się ani nic. Ma wspaniałą gamę kolorystyczną, niestety nie powiem wam jaki to numerek (podejrzewam 04, ale nie dam sobie ręki uciąć). Wymaga poprawek w ciągu dnia ale nie jest to problemem, gdyż możemy to zrobić nawet bez lusterka. Jest wspaniała zarówno na upalne, letnie dni, jak i na te mroźne, zimowe.




To by było na tyle z mojej obecnej kolekcji. Kiedyś posiadałam także rozświetlacz, który był absolutnym hitem, jednak nie używałam go in oddałam mojej mamie, która jest nim zachwycona. Kolejnym rewelacyjnym produktem są tinty do ust. Testowałam wszystkie kolory i byłam zachwycona. Pomalowałam raz, a usta pozyskiwały kolor na cały dzień. Mogłam bez problemu aplikować bezbarwną pomadkę, która sprawiała, że usta się nie kleiły. Ogólnie te produkty mają to do siebie, że absolutnie nie uczulają. Mogę używać ich bez najmniejszego problemu i bez obaw, że coś mi się pojawi na twarzy. Ta marka jest w 100% dla mnie i polecam ją wszystkim alergikom.

A wy testowaliście już jakieś produkty tej marki? Zapraszam do dzielenia się opiniami w komentarzach :)

(ceny produktów mogą się nieco różnić od podanych. Aktualnie na wybrane produkty tej marki trwa w Hebe promocja :) Zajrzyjcie, bo naprawdę warto!)

Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl
Snap: Wikusia_blog
Fanpage: Kolorowe życie Wikusi -Facebook

środa, 19 lipca 2017

13 POWODÓW... czyli jak ja to widzę (spojlery)

W ostatnim czasie, jednym z najpopularniejszych seriali, nie tylko wśród młodzieży jest "13 powodów". Tak. Ja także oglądnęłam serial, a nawet przeczytałam książkę. Myślę, że nie będzie to recenzja jak wszystkie, bowiem nie chcę skupiać się na historii, którą pewnie doskonale znacie. Od czegoś jednak trzeba zacząć.

Myślę, że dla tych którzy nie czytali i nie oglądali tego serialu nie będzie spojlerem, że główna bohaterka, Hannah Baker, popełniła samobójstwo. Dowiadujemy się o tym już na samym początku. Wszyscy, którzy kiedykolwiek ją znali, zadają sobie pytanie: "DLACZEGO?". Problem polega na tym, że nawet rodzice dziewczyny nie znają powodu, przez który ich córka odebrała sobie życie. Hannah nie zostawiła po sobie listu, wiadomości, nic...  Do czasu...
Cała historia zarówno w książce, jak i w serialu, zaczyna się od tego, że drugi główny bohater, Clay Jensen, znajduje przed drzwiami do pokoju paczkę. Pudełko bez nadawcy, zaadresowane na jego nazwisko, a w nim siedem kaset magnetofonowych.

"Siema dziewczyny i chłopaki! Mówi Hannah Baker. Na żywo i w stereo."

Tymi słowami daje nam się poznać nasza samobójczyni. Dzięki tym kasetom, odkrywamy wraz z Clay'em trzynaście powodów, które sprawiły, że Hannah postanowiła odebrać sobie życie. Zaczyna się od dość błahych problemów, które ma w okresie dorastania właściwie każdy. Pierwsze zauroczenia, pocałunki, rozczarowania "prawie" dorosłym życiem. Jadnak to dopiero początek. Z każdą stroną odkrywamy kolejną tajemnicę skrywaną przez dziewczynę. Te błahe problemy, zapoczątkowały łańcuch zdarzeń i problemów, które przerosły Hannah.

Zarówno książka, jak i serial, jest czymś, na co warto zwrócić uwagę niezależnie od wieku. Nie iem, na co bym oddała swój głos, gdyby ktoś kazał mi wybierać. Oczywiście, wiadomo, że serial jest jedynie na podstawie książki, a nie jej idealnym odwzorowaniem. Gdybym miała porównywać, to zarówno w książce jak i w serialu nie ma typowego podziału na rozdziały czy odcinki. Śledzimy historię według kaset, co jest naprawdę świetne. Każda kaseta skupia się na jednej osobie, która zawirowała światem dziewczyny a nieraz odwróciła go o sto osiemdziesiąt stopni. Zarówno w książce, jak i w serialu główna bohaterka popełnia samobójstwo. Różni się jednak sposób w jaki to robi. Serial jest bardziej drastyczny, ale jednocześnie prawdziwy. Występują w nim także wątki poboczne, jak sprawa w sadzie założona przez rodziców dziewczyny, przeciwko szkole czy problemy bohaterów kaset. W książce tego nie ma. Jest minimalna ilość dialogów, zwykle pomiędzy Clay'em a jego mamą lub Tonym (posiadaczem drugiego kompletu). W większości, książka zawiera treść kaset, przeplataną myślami Clay'a. Cała akcja książki zamyka się w 24 godzinach, natomiast w serialu rozłożona jest na kilka dni. Na ekranie widzimy także, jak Clay nagrywa ostatnią stronę kasety, która była pusta. W książce natomiast, na czternastej stronie padają ostatnie słowa Hannah: "Dziękuję". 

Jeżeli chodzi o mnie, postanowiłam poświęcić czas tej historii z dwóch powodów. Po pierwsze, zastanawiałam się, co może popchnąć osobę do takiego czynu. Dlaczego zdrowa, piękna, młoda dziewczyna połyka tabletki czy podcina sobie żyły. Bardzo podobały mi się w książce rozważania Hannah, gdzie wyznaje jak często myślała o tym, w jaki sposób zakończy swoje życie.

"Jutro wstanę, ubiorę się i pójdę na pocztę. Tam wyślę Justinowi Foleyowi zestaw taśm magnetofonowych. Potem nie będzie już odwrotu. Pójdę do szkoły, choć spóźnię się na pierwszą lekcję, i spędzimy razem jeszcze jeden dzień. Tyle tylko, że ja będę wiedziała, że to ostatni. Wy nie.
(...)
I będziecie mnie traktować tak, jak zawsze mnie traktowaliście. Czy pamiętacie ostatnią rzecz, którą mi powiedzieliście?
(...)
Ostatnią, którą mi zrobiliście?
(...)
I jakie były moje ostatnie słowa do was? A możecie mi wierzyć: Kiedy je wypowiadałam, wiedziałam, że są ostatnie."

No właśnie. Czy ktokolwiek z nas, mówiąc coś do kogoś, zastanawia się nad tym, że być może są to ostatnie słowa wypowiedziane do tej osoby? Że ten ktoś, być może już nigdy nie przejdzie obok nas korytarzem, nie powie "Cześć!", czy też nie poczęstuje nas kawałkiem czekolady. Założę się, że nikt z Was o tym nigdy nie myślał. Przecież dla nas to takie normalne, że na drugi dzień wstaniemy, ubierzemy się, zjemy śniadanie i pójdziemy do pracy czy szkoły, w której czekać na nas będą te same osoby, które widujemy na co dzień. A co, gdyby jutra miało nie być?
Sama nigdy nawet nie myślałam o tym, aby odebrać sobie życie. Jestem osobą, która mimo problemów, nigdy nie cięła się i nie miała myśli samobójczych. Niestety, jestem też koleżanką dziewczyny, której się nie udało... Właściwie, powinnam napisać, że "byłam", ale jakoś tak dziwnie mówić o niej w czasie przeszłym, mimo, iż to wydarzenie miało miejsce parę ładnych lat temu. Wtedy, byłam cztery lata młodsza od niej. W tym momencie jestem już dwa lata starsza i wciąż nie rozumiem. Czasami zastanawiam się, gdzie by teraz była. Jakie studia by wybrała, czy byłaby już mężatką... Jak wyglądałoby jej życie, gdyby wtedy nie postanowiła go sobie odebrać... Nigdy nie znajdę odpowiedzi na to pytanie. Oczywiście zupełnie inaczej przyjmuje się do świadomości odejście koleżanki przez odebranie sobie życia, a na przykład śmierć w nieszczęśliwym wypadku. Jednak w każdym przypadku pojawia się jedno, proste pytanie, na które nie zawsze umiemy znaleźć odpowiedź... 

Dlaczego...

Piszcie śmiało w komentarzach, gdyby ktoś chciał pogadać, albo na maila, czy snapie. Wszystko czytam i odpowiadam. Ściskam...
(wszystkie cytaty pochodzą z książki Jay'a Ashera "13 powodów")
Fanpage: https://www.facebook.com/Kolorowe-życie-Wikusi-227836064374205/
Snapchat: Wikusia_blog
Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl

sobota, 8 lipca 2017

Tiki... czyli coś z czym można walczyć i wygrać CZ.II

Nie chcę, żebyście zbyt długo czekali na dalszą część historii, a że chciałabym dzisiaj Wam przekazać całość, to piszę :) Ostatnio skończyłam na tym, że w podstawówce nie miałam łatwego życia. Jednak to właśnie wtedy udało mi się znaleźć pomoc. Zresztą, zupełnie przez przypadek.

W szkole podstawowej miałam spore problemy z ortografią (tak, wiem, śmieszne, zważywszy na to, że już wtedy pisałam opowiadania). Wiadomo z czym to się wiąże: każde dyktando-bania, każde wypracowanie-obniżona ocena za ortografię. Co z tego, że moje wypracowania były świetne, jeżeli chodzi o treść, skoro ortografia i interpunkcja leżała... Moja wychowawczyni skierowała mnie w związku z tym do poradni prsychologiczno-pedagogicznej. Nie będę Wam opisywać tego, jak to wygląda, może kiedyś poświęcę na to osobny post (jeżeli będziecie chcieli), w każdym razie pani stwierdziła, że nie mam absolutnie dysortografii. Dostrzegła natomiast inny problem-moje "tiki". To właśnie wtedy ktoś po raz pierwszy nazwał rzecz po imieniu. Dostałam skierowanie do innej pani psycholog. I tak oto zaczęła się moja przygoda z "wychodzeniem na prostą". Z panią psycholog spotykałam się średnio co tydzień i bardzo ją polubiłam. Była to pierwsza osoba, która naprawdę mnie słuchała. Mogłam mówić o największych pierdołach, o moich planach, marzeniach, o tym, czego nienawidziłam, a ona nigdy tego nie skrytykowała. Pozwoliła mi się po prostu wygadać. Uwielbiałam spotkania z nią i ubolewałam, kiedy dobiegały końca. Oczywiście każde kończyło się jakimś ćwiczeniem, często na wyobraźnię, a że mam ją bardzo rozwiniętą, to je uwielbiałam. Dość długo trwało, zanim przestałam chodzić do pani psycholog (uczęszczałam na inne zajęcia, ale o tym zaraz). Patrząc z perspektywy czasu, nawet teraz czasami brakuje mi takiej szczerej rozmowy z nią...

Kiedy zaczęłam naukę w gimnazjum, czyli prawie po półtorej roku uczęszczania do poradni, rozpoczęłam terapię "EEG Biofeedback". Wtedy była to nowa metoda, której zadaniem był trening mózgu. Jeżeli ktoś nie słyszał, a interesuje go to, na internecie znajdzie mnóstwo informacji :) Ogólnie polegało to na tym, że przychodziłam, siadałam na bardzo wygodnym fotelu, pani przypinała mi do głowy i uszu elektrody, po czym na komputerze puszczała mi grę. Była ona banalna-polegała na sterowaniu samochodzikiem, statkiem powietrznym czy ufo (była masa tych gier ale najpopularniejszy był samochodzik na torze wyścigowym). Problem polegał na tym, że nie było ani myszki, ani klawiatury-mimo to, samochodzikiem sterowałam ja :) Chodziło o ćwiczenie silnej woli. Nie pamiętam już ile było takich spotkań. Na pewno dużo... Muszę przyznać jednak, że bardzo mi one pomogły. Nauczyłam się w dużym stopniu panować nad problemem :)

Moja walka z tikami trwa już dziesięć lat. W tym czasie ukończyłam szkołę muzyczną, gimnazjum, a także spełniłam swoje marzenia i wciąż to robię. Nie mogę powiedzieć, że w stu procentach pozbyłam się tików, ponieważ ciągle od czasu do czasu pojawiają się w moim życiu i prawdopodobnie już zawsze będą częścią mnie. Jestem jednak dumna, że stoczyłam z nimi ciężką walkę, trwającą kawał mojego życia i jak dla mnie-wygrałam ją. Na tyle nauczyłam się nad nimi panować, że jeżeli zorientuję się, że coś robię, czego nie chcę, jestem w stanie przestać. Ktoś, kto nigdy nie miał z tym problemu, nigdy tego nie zrozumie. Nikt nie potrafi postawić się na miejscu osoby, która idzie do szkoły z uśmiechem, ponieważ wie, że czekają tam na nią znajomi i przyjaciele, którzy nie będą wytykać jej palcami. Fakt, nie jestem już dziewczynką w warkoczykach, ale wierzcie mi, że słowa w każdym wieku ranią tak samo... Nie ważne, czy dotyczą one małego dziecka, czy dorosłego człowieka. Moi znajomi i przyjaciele akceptują mnie taką, jaką jestem, bez względu na to, że od czasu do czasu mocniej zmrużę oczy i za to bardzo ich cenię... Mam nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy znajdę także osobę, która pokocha mnie taką jaką jestem i nie będą jej przeszkadzały nawet moje tiki...:)

Na koniec, chciałabym w szczególny sposób podziękować kilku osobom (poza moimi rodzicami, którzy wspierają mnie każdego dnia), które nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że pomogły mi w wygraniu tej walki :)
Jako pierwszej chciałabym podziękować mojej przyjaciółce Sandrze, która zawsze była obok i wspierała mnie, niezależnie od tego, co się działo <3
Mojej drugiej przyjaciółce, Gabrysi, która zawsze starała się pomóc i nigdy nie pytała <3
Marysi, która znosi mnie od ośmiu lat, zawsze w jednej klasie i jako jedna z nielicznych, nigdy się ode mnie nie odwróciła, a była i pomagała, nawet nie zdając sobie z tego sprawy <3
Mojej przyjaciółce Justynie, która choć jest daleko, to od zawsze mnie wspiera <3
Na koniec kieruję podziękowania do kobiety, która pewnie nigdy nie przeczyta tego postu, a mimo to, zawdzięczam jej naprawdę wiele. Nigdy nie miałam okazji podziękować za te wszystkie godziny, kiedy słuchała mojego ględzenia o wszystkich błahych, ale i tych poważniejszych rzeczach. Naprawdę dużo mi to dało. Patrząc z perspektywy czasu, zrobiła jeszcze jedną rzecz-dzięki niej pokochałam psychologię. Wiążę z nią przyszłość i mam nadzieję, że kiedyś komuś pomogę tak, jak ona pomogła mi :)

To chyba tyle... Chcę tym postem pokazać, że nie ma rzeczy niemożliwych. Ja wygrałam już swoją walkę, ale jest wiele osób, które wciąż walczą. Trzymam kciuki za każdego <3 Powodzenia!
(w razie pytań piszcie śmiało :) Postaram się odpowiedzieć na wszystkie :) )

CZĘŚĆ I: https://kolorowezyciebiedronki.blogspot.com/2017/07/tiki-czyli-cos-co-zniszczyo-moje.html

Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl
Snap: Wikusia_blog
Facebook: https://www.facebook.com/Kolorowe-życie-Wikusi-227836064374205/

piątek, 7 lipca 2017

Tiki... czyli coś, co zniszczyło moje dzieciństwo CZ.I

Bardzo długo zastanawiałam się nad tym, czy pisać cokolwiek, na temat, którego dotyczy dzisiejszy post. Nie przychodzi mi to łatwo, ponieważ będzie to dotyczyło okresu, do którego nie lubię wracać wspomnieniami, chociaż oczywiście wiąże się to także z masą cudownych przeżyć, jednak coś sprawia, że te negatywne mają dużo większą siłę przebicia. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, jak zacząć ten post, ale... napiszę wszystko od początku :)

Właściwie, to wszystko zaczęło się (przynajmniej z tego co pamiętam), kiedy zaczęłam chodzić do szkoły muzycznej. Sama szkoła super, gdyby nie fakt, że od głównych przedmiotów trafiła mi się prawdziwa franca, która przez trzy lata potrafiła mi powtarzać, że nie powinno mnie tam być, że nic nie potrafię, do niczego się nie nadaję i takie tam bzdety (w sumie, to nie tylko ja jej nie lubiłam, ale to tak na marginesie). Miałam wtedy jakieś dziewięć lat, bo chodziłam do trzeciej klasy w podstawówce, więc byłam jeszcze małą dziewczynką w warkoczykach. Po roku znienawidziłam tę szkołę, ale mimo to chodziłam do niej jakoś tak trzy razy w tygodniu (częściowo był to wpływ rodziców, częściowo mój). Nie poddałam się, ale za to w nagrodę za swoją wytrwałość, dostałam przeciwnika, z którym nie radziłam sobie i często przegrywałam walkę-STRES.

Do końca nie pamiętam, od czego się zaczęło, w każdym razie po pewnym czasie, pojawiły się u mnie różne "ruchy", których zupełnie nie kontrolowałam. Można powiedzieć, że nauczyłam się z nimi żyć... Tak po prostu. Próbuję sobie przypomnieć, od czego się zaczęło. Wydaje mi się, że od mrużenia oczami, albo mocniejszego przekręcania głowy, ale nie jestem pewna. Nie pamiętam też, kiedy moi rodzice zaczęli zauważać, że coś jest nie tak. Początkowo zaczęło się od pytań, typu: "Co ty robisz?", albo poleceń: "Przestań mrużyć oczy", "Nie rób tak", "Nie trzęś się". Oczywiście po takim upomnieniu po pierwsze czułam się fatalnie, a po drugie byłam w stanie opanować to może na kilka minut, może nawet nie, po czym znowu zaczynałam. I tak w kółko. Najgorsze było to, że nie zwracali mi uwagi jedynie rodzice, ale wiele osób wokół mnie. Nie wiem, czy jesteście w stanie wyobrazić sobie, co czuje kilkuletnia dziewczynka, która robi coś, czego nie może powstrzymać, bo ja właściwie nie wiedziałam co robię, a nawet miałam nadzieję, że nikt tego nie widzi, a okazywało się, że widzieli to wszyscy...

Jak teraz sobie przypominam, jakie kary, czy nagrody wymyślała moja mama, to wydaje mi się to śmieszne, ale wtedy mi do śmiechu nie było. Chociaż bardzo chciałam, to nie potrafiłam przestać. Oczywiście robiłam to też w szkole. No właśnie... Cóż... Wspomnienia z tym związane, dotyczące szkoły nie są miłe. W czwartej klasie zmieniłam szkołę (może kiedyś napisze, dlaczego) i tam się zaczęło. Wiadomo, że były osoby, które na to nie zwracały uwagi i kolegowały się ze mną, ale były też takie, które miały z tego prawdziwy ubaw. Nigdy nie zapomnę, jak któregoś dnia, kiedy już stałam w ławce, jeden z moich kolegów wszedł do sali dziwnie ruszając głową. Wszystko byłoby w porządku, gdybym nie zorientowała się, że przez cały czas patrzył tylko na mnie i robił tak dopóki nie zauważyłam, po czym wybuchnął śmiechem, a wraz z nim cała klasa. Cała klasa, z wyjątkiem jednej osoby-mnie... dziewczynki, która stała w ławce, ze łzami w oczach i marzyła o tym, żeby znaleźć się gdzieś poza zasięgiem wzroku wszystkich. Najgorsze jest to, że ten chłopak nie zdawał sobie sprawy z tego, co wtedy robił... Zresztą, nie była to jednorazowa akcja... Robił to dość często, do momentu, w którym przestało to bawić innych. Najbardziej bolało to, że nikt nie stanął w mojej obronie. Nauczyciele rzadko to widzieli, a dzieci nie zauważały problemu. Po tych wszystkich latach niechętnie wracam do tamtego okresu. Tamten chłopak kilka lat później przeprosił mnie za to co robił. Potrafił nawet poprosić, żebym o tym zapomniała. Co prawda wybaczyłam mu, ale zapomnieć się tego nie da...

Zapewne ciekawi Was to, jak sobie z tym poradziłam, czy ktoś mi pomógł. Tak, pomoc znalazłam, ale o tym w kolejnym poście. Jak tylko go dodam, to wkleję link poniżej :) Gdybyście mieli jakieś pytania, to piszcie... Trzymajcie się ciepło.

II CZĘŚĆ: https://kolorowezyciebiedronki.blogspot.com/2017/07/tiki-czyli-cos-z-czym-mozna-walczyc-i.html

Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl
Snap: Wikusia_blog
Facebook: https://www.facebook.com/Kolorowe-życie-Wikusi-227836064374205/

niedziela, 25 czerwca 2017

Jak wygląda plan filmowy, serialowy...?

Dzisiaj długo wyczekiwany post o tym, jak wygląda plan filmowy, czy szkoła to szkoła i tak dalej... Jak już wiecie, na planach filmowych spędziłam już trochę czasu (dla mnie jednak to wciąż za mało i myślę nad czymś więcej :) ) i coś tam wiem :D Oczywiście każdy plan jest inny, każdy ma swoje tajemnice, których wyjawić nie mogę, ale co nieco Wam opowiem :)

Zacznę od serialu "Szkoła".
Powiem Wam, że zdarzyło mi się, że ludzie zaczepiali mnie na ulicy i pytali:
"A powiedz no mi, czy ty chodzisz do tej szkoły, do Krakowa? Tam gdzie wiesz... Ten serial nagrywają, bo widziałam Cię w telewizji..."
Dzisiaj wszystkim Wam ogłaszam, że... Nie! Nie chodzę do szkoły w Krakowie. To znaczy poniekąd. Moja bohaterka jak najbardziej :D  Uczę się w moim mieście i nie chcę tego zmieniać (przynajmniej jeszcze na rok, ponieważ później mam nadzieję, że jednak będę się uczyła w Krakowie) :D Mam wspaniałą klasę, znajomych, przyjaciół i w ogóle jestem szczęśliwa. Nie wiem, czy już Wam to pisałam, ale przepisałam się w połowie pierwszej klasy i... była to najlepsza decyzja w moim życiu. Ale nie o swojej szkole miałam pisać. Moi drodzy. Szkoła, którą macie okazję oglądać w serialu, to uwaga... ogromna hala, która z jednej strony wygląda jak szkoła, którą widzicie na ekranie, a z drugiej jak szpital (który zresztą też możecie oglądać w innym serialu) :D Mogłabym Wam tutaj jeszcze sporo pisać. O tym, że klas jest kilka, że są w sumie dwa korytarze, do których prowadzą labirynty :P Tak poza tym, kiedyś na tej hali był kręcony inny serial, i został fragment właśnie tego planu i teraz tam mamy poczekalnię (wiem jak to brzmi, ale gdzieś trzeba leniuchować pomiędzy scenami). Tak więc w tej szkole, którą możecie oglądać, nie uczę się "prawdziwi" uczniowie, nie odbywają się tam normalne czterdziestopięcio minutowe lekcje. Padło też na przykład pytanie, ile dni kręcimy i czy dostajemy scenariusze. Scenariusze dostajemy wcześniej, żeby się nauczyć swojej roli. Oczywiście nie ma tak, że musimy powiedzieć słowo w słowo tak, jak mamy napisane na kartkach. Nawet wszyscy zachęcają do tego, żeby dokładać coś od siebie, ponieważ budujemy wtedy swoją postać ;) Mam nadzieję, że odpowiedziałam na większość waszych pytań, a jeżeli chcecie wiedzieć więcej to piszcie :)

Teraz przejdźmy na chwilę do planu filmowego. Wygląda on nieco inaczej. Oczywiście, zależy wszystko od tego, jakiego rodzaju jest to produkcja :) Na planie, na którym ja miałam okazję grać, właściwie weszliśmy na gotowe. Zdjęcia kręcone były w skansenie, więc całe podwórko, dom, okolica, po prostu wszystko było już gotowe. Nie zawsze jednak tak jest. W przypadku na przykład filmów wojennych, czy też takich, do których okolica nie pasuje, często stosuje się green screen'a. Polega to na tym, że tam, gdzie nagrywana jest scena, nie zależnie od tego czy jest to na otwartej przestrzeni, czy też w pokoju do tego przygotowanym, rozciągane jest specjalny materiał koloru najczęściej zielonego (jak sama nazwa na to wskazuje), po czym w miejsce tego koloru wstawia się komputerowo miejsce, o które nam chodziło :) Co jeszcze mogę Wam powiedzieć... Czasami plany filmowe są specjalnie budowane na potrzeby filmu. Oczywiście nie mówię tutaj o przygotowaniu okolicy, ponieważ nie wiem, jakiś plac handlowy, czy coś oczywiście przygotowuje się specjalnie :) Ale przecież nikt nie buduje na potrzeby filmu czy serialu nowego budynku :D

Troszkę się rozpisałam (jak zawsze :P ) ale myślę, że spodoba Wam się ten post. Prosiliście o niego już dawno, przepraszam, że dopiero teraz, ale jak wiecie zakończenie roku, i tak dalej, więc nie było za bardzo czasu. Jeżeli tylko chcielibyście o cokolwiek zapytać, to pytajcie :) Odpowiem chętnie na wasze pytania :D Może chcielibyście wiedzieć w jakich odcinkach "Szkoły" możecie mnie zobaczyć? :D Przyznam, że zmieniłam się od tego czasu, no ale cóż :)

Zapraszam na fanpage na fb: Kolorowe życie Wikusi
Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl
Snapchat: Wikusia_blog

wtorek, 13 czerwca 2017

Zakończenie sezonów seriali...oczami Wikusi

Kochani! Dzisiaj post dotyczący zakończeń sezonów kilku wybranych przeze mnie polskich seriali :) Nareszcie mogę się z Wami podzielić moimi przemyśleniami (gdyż myślałam nad niektórymi zakończeniami dłuuugo), opiniami i małym rankingiem na koniec :D Czekałam do poprzedniego wtorku, aby móc oglądnąć ostatni odcinek jednego z moich ulubieńców (o którym coś czuję, że się bardzo rozpiszę :D ). Myślę, że warto zaznaczyć, że dla tych, którzy jeszcze nie oglądali któregoś z zakończeń, ten post będzie jednym wielkim spojlerem, ale musi być :D A nóż kogoś tak zachęcę, że nie będzie mógł spać po nocach, tylko będzie oglądał?

Na pierwszy ogień proponuję serial "19+".
Tak, mam prawie osiemnaście lat i tak, oglądam ten serial :D Słuchajcie, jakoś tak oglądnęłam kiedyś jeden odcinek (oczywiście od środka, bo Wikusia zawsze zaczyna oglądać seriale od środka-no dobra jest jeden wyjątek, ale o nim za chwilę) i może nie to, że mnie zainteresował, ale zaciekawił. Fabuła nie powala jakoś specyficznie, ale ten serial ma jedną rzecz, która różni go od "SZKOŁY"-bohaterowie mają realne problemy. Z niektórymi pewnie sama będę musiała się uporać, kiedy za rok pójdę na studia. W moim przypadku będzie to przeprowadzka do innego miasta i "dorosłe" życie. Nie będzie obok rodziców, będę musiała sama odpowiadać za swoje wybory. Żeby jednak z tego postu nie zrobić prywaty, to może przejdę do zakończenia. Nie będę się za wiele rozpisywać, ponieważ nie było to jakieś WOW, w przeciwieństwie do reszty, o której będę pisała. Ogólnie to zaskoczyło mnie aresztowanie Seby. Nie powiem, że naciągane, bo w końcu polskie prawo jest nieobliczalne, ale w zasadzie. Nie no. Może się mylę. Oczywiście siła przyjaźni jest bezcenna i wszyscy wspierają go i walczą, żeby go stamtąd wyciągnąć (nieoceniony ojciec Kamila). Liczyłam na poród Lucy, ale jeszcze trochę poczekam, ale cieszę się, że jest szczęśliwa z Arkiem. Oby tak zostało :) Poza tym Melania wreszcie zdecydowała się na szkołę teatralną. Zaskoczyła mnie jednak upojna noc Irka i Elki. Co ten alkohol robi z człowiekiem :( Mam nadzieję jednak, że Seba jej wybaczy...

Teraz myślę, że czas na najbardziej pomysłowe zakończenie sezonu. Mowa tutaj o serialu "Gliniarze".Właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy ja Wam kiedyś mówiłam już o tym serialu. Bo właściwie to pewna nie jestem.  Mogłabym Wam teraz wkleić ogólny opis, ale to bez sensu. Jak ktoś będzie miał ochotę, to na pewno zerknie :D Muszę Wam powiedzieć jednak jedną rzecz. Jestem mistrzem w zatrzymywaniu tego serialu w odpowiednim momencie (myślę, że jedna z osóbek wie doskonale o czym mówię). Przejdźmy jednak do rzeczy. Na takie zakończenie nie wpadłabym nigdy. Cały odcinek nie był jakiś szczególny. Zostaje zamordowany facet, po czasie okazuje się że był zamieszany w sprawy terrorystyczne, prowokacje, strzelanina... W sumie jak w każdym odcinku. Pod koniec natomiast robi się ciekawie. Okazuje się, że ktoś chce (tak w skrócie mówiąc) wysadzić pewną część miasta. Rozpoczyna się wyścig z czasem... Kto, gdzie, kiedy... W międzyczasie możemy podziwiać perypetie głównych bohaterów, chociaż ten odcinek nie był z udziałem (głównym udziałem) mojej ulubionej pary, więc mogę powiedzieć tylko tyle, że scenarzyści świetnie się ta dwójką bawią :D Odcinek kończy się zaskakująco, bowiem zostaje wysadzona w powietrze komenda... Tak. I teraz trzeba czekać kolejne trzy miesiące, żeby się dowiedzieć, kto przeżył poza jedną z głównych bohaterek i jej kolegą z pracy (za którym osobiście nie przepadam). Wybuch bardzo ciekawie zrobiony (chociaż jak zrobiłam screena to padały teksty, że to zmutowany kurczak, pudel... I jeszcze sporo takich), ale gra aktorska, no tutaj zależy czyja. Ogólnie zakończenie bardzo dobre i czekam z niecierpliwością na wrzesień!

"Policjanci i policjantki"
Jeżeli ktoś po tym zakończeniu spodziewał się oczekiwania w niecierpliwości i tajemnicy na kolejny sezon, to się rozczarował... Cóż więcej mogę powiedzieć. Nie mogę wypowiedzieć się na temat całego sezonu, ponieważ oglądałam tylko kilka odcinków z bohaterami, których finał kompletnie nie dotyczył, więc co ja mogę. W sumie dobrze zagrane. Na pewno aktorzy włożyli w to dużo pracy, jednak... No brakowało mi tego zaskakującego zakończenia. Takiego wiecie... Wow... Nie wiadomo co z nimi będzie... Tutaj tego nie było. Wiemy, że poza pobiciem jednego z głównych bohaterów, cały sezon skończył się szczęśliwie. Z jednej strony może to i dobrze. Nie mogę się jednak powstrzymać od dodania, że gdyby ten odcinek zakończył się kilka sekund wcześniej, przed nadejściem "pomocy", to byłoby to naprawdę jedno z lepszych zakończeń.

No i przechodzimy moi drodzy do wisienki na torcie, jaką jest serial "Sprawiedliwi-wydział kryminalny".
Na to zakończenie czekałam chyba najbardziej. Po pierwsze, scenarzyści pozostawili nas w jednej wielkiej niepewności, chociaż chyba straciłam już nadzieję na happy end. Po drugie wątek, który zakończył serial ciągnął się nie od dwóch, czy trzech odcinków, ale cały sezon (żeby dobrze połączyć fakty trzeba było jednak troszkę wiedzieć z poprzednich odcinków). Po trzecie to jedyne zakończenie na którym płakałam (a ja naprawdę rzadko płaczę na zakończeniach seriali czy filmów) i chyba na długo nim pozostanie. I po czwarte zrobiłam sobie piękny spojler zdjęciami, na które przypadkiem się natknęłam, więc ten odcinek niestety nie był dla mnie w całości zaskoczeniem. Krótko mówiąc było to pięknie zwieńczenie i zamknięcie całej drugiej transzy serialu, chociaż niesamowicie smutne. W porównaniu do zakończenia pierwszej serii... nie jestem w stanie porównać. Oba były genialne. Jedno jest pewne. Nigdy nie wybaczę scenarzystom, że przez cały sezon, nie dowiedziałam się, co było przyczyną rozpadu związku Marysi i Adama (czyli jednej z trzech par głównych bohaterów). Ich fani mogą jednak nacieszyć się chociaż przez chwile wyznaniem miłości obu stron (szkoda tylko, że w ostatnim odcinku). Przechodząc do rzeczy, zakończenie dotyczyło prywatnych spraw Adama. Może nie będę Wam streszczać całego sezonu (oczywiście jeżeli będziecie chcieli to jak najbardziej wypowiem się na ten temat w osobnym poście), ale Ci którzy oglądają wiedzą, że główne skrzypce w tym sezonie i wątku grał jego syn, Kacper, który postanowił po dość długim czasie wrócić do Polski i naprawić relacje z ojcem. Nie trudno się domyślić, że nie idzie to łatwo, powiedziałabym nawet, że wcale. Nie chodzi o to, że Adam nie chce tego. Wręcz przeciwnie. Ale jest tyle przeszkód, które stają im na drodze. W połowie sezonu Adam udaje, że nie interesuje go to, gdzie jest jego syn i w co się wplątał. Końcówka sezonu pokazuje jednak co innego. Kilka dni temu natknęłam się w internecie na pytanie, jakim ojcem był Adam. Wypowiedzi było mnóstwo, także tych, które mówiły jaki to Kacper był okropnym synem itd. Nie wiem. Może nie wszyscy widzą to, że on się pogubił, że przecież obwiniał ojca o odejście matki (mam wrażenie, że momentami nawet o śmierć), nie znając prawdy. Zastanawiało mnie to, jaki cel miał w tym Adam. Może nie chciał, żeby chłopak nienawidził zmarłej matki, za to, że ich porzuciła? Ciężko teraz powiedzieć. Ogólnie wplątał się w złe towarzystwo, przywiózł to ze sobą do Polski i tak. Wplątał w to ojca. Ale każdy kochający tata pewnie postąpiłby tak samo i chciałby za wszelką cenę ratować swoje dziecko (przynajmniej ja tak myślę. Napiszcie, jeżeli się mylę). Ogólnie po cudownym wyznaniu miłości, po w sumie nie wypowiedzianym przez Kacpra "Kocham Cię" w stronę ojca (prawie. Chciał, ale mu to chyba przez gardło nie przeszło), odcinek kończy się strzelaniną. Długo po odcinku rozmyślałam o nim. Wiem, że się nie powinno, ale mimo wszystko. Pierwsze pytanie, które przyszło mi do głowy, to co bym powiedziała na miejscu Kacpra. Najważniejsze powiedział, ale chyba sam wierzył do końca, że to skończy się inaczej. Jeżeli chodzi o grę aktorską, to było super. Może poza ostatnimi sekundami, ale to tylko dlatego, że ta scena miała dalszy ciąg. Nie będę gdybać, co by było gdyby. Zobaczymy we wrześniu. Na pewno ekipa wykonała kawał dobrej roboty i czekam na nowinki z planu kolejnej serii :D (na wyjawienie tajemnicy nie liczę, gdyż po zakończeniu serii I nikt do marca nie pisnął słówkiem, więc cóż...)

To by było na tyle. Może kogoś zachęciłam? Jeżeli ktoś oglądał któryś serial, to napiszcie co myślicie. Może ktoś się ze mną nie zgadza? :D Chętnie dowiem się co wy o tym myślicie.

Snapchat: Wikusia_blog
Facebook: https://www.facebook.com/Kolorowe-%C5%BCycie-Wikusi-227836064374205/
Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl

sobota, 10 czerwca 2017

Jedyne takie przyjaciółki... czyli recenzja książek Małgorzaty Falkowskiej

Dzisiaj coś, czego jeszcze nie było na moim blogu. Właściwie, miałam to zrobić już jakiś czas temu, ale zebrać się nie mogłam. W końcu nie często ma się okazję czytać książki osoby, którą się zna :) Tak Gosiu, mowa tutaj o tobie :D Nareszcie mogę napisać co nieco o twoich sześciu zwariowanych przyjaciółkach :) 



Zacznę może od części pierwszej, która przyciąga wzrok nie tylko okładką, ale przede wszystkim tytułem "MĄŻ POTRZEBNY NA JUŻ" :) Przyznam, że troszkę czekałam żeby ją przeczytać, ponieważ dostałam ją dopiero na mikołajki w ubiegłym roku. Jednak pochłonęłam ją w mgnieniu oka :D Cała historia zaczyna się od postanowień noworocznych, które sześć zwariowanych przyjaciółek wypowiada w czasie sylwestra. Tak oto główna bohaterka, Berka, niewiele myśląc (wiadomo jak to jest po wypiciu sporej ilości alkoholu :D ) postanawia, że w nowym roku znajdzie sobie... MĘŻA! Tak moi drodzy, to wcale nie żart :) W ten sposób wraz z nią podejmujemy wyzwanie, choć szczerze mówiąc, początkowo uważałam za niewykonalne :D
"(...) ja; dyplomowany kosmetolog, najbardziej boi się swoich pomysłów, które niejednokrotnie sprawiły jej wiele problemów; stosuje wiele porównań książkowych i filmowych, które nie zawsze są odpowiednio dobrane do sytuacji; zazwyczaj wpierw mówi, potem myśli (albo i wcale nie myśli, bo po co płakać nad rozlanym mlekiem)."

Berka, oprócz szalonych pomysłów, ma także grono zwariowanych do reszty przyjaciółek i rodzinę, która wcale jej życia nie ułatwia. Kobieta w każdym mężczyźnie, który przejdzie obok na ulicy widzi kandydata na przyszłego męża, a sposoby, które mają jej ułatwić jego znalezienie, nie raz doprowadziły mnie do łez (oczywiście ze śmiechu) :) Wszyscy wokół próbują jej pomóc. Jedni mają lepsze pomysły, inni gorsze, jednak jak to się mówi "tonący brzytwy się chwyta", podobnie jest z Bernadettą. Nie chcę zdradzać zbytnio zakończenia (które nie dość, że jest zaskakujące, to doprowadza do łez ze śmiechu), ponieważ nie o to w tym wszystkim chodzi. Powiem tylko tyle, że czasem, zamiast szukać gdzieś dalej, wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. Kto wie, co dostrzeżemy :)





Kolejna część przygód tej zwariowanej paczki nie jest już widziana oczami Berki :D Pałeczkę w kolejnej historii przejmuje Zośka.

"(...) ja; urodzona szczęściara (zapewne w Ameryce nazwano by mnie Lucky, ale Zosia też jest ładnie... tak szlachetnie), piękna, zgrabna, utalentowana i w dodatku bogata. Czego chcieć więcej?"

Nic dziwnego, że książka nosi tytuł "GORZEJ BYĆ (NIE) MOŻE". W końcu po Zośce Majer, "z tych Majerów" nigdy nie wiadomo czego można się spodziewać :D Cóż wiele można powiedzieć o Zośce, Zwariowana, bogata dziedziczka, która niczym się nie przejmuje. Przychodzi jednak moment, w którym nawet pieniądze ojca nie są w stanie rozwiązać problemów. Dziewczyna musi zawalczyć nie tylko o siebie, ale także o innych. Wkrótce na jej drodze pojawia się także pewien mężczyzna. Pytanie brzmi, czy Zośka pozwoli mu wejść do swojego serca? Myślę, że na to pytanie sami musicie znaleźć odpowiedź. Jedno jest pewne. Z Zośką nuda Wam nie straszna. Nie chcę też za wiele pisać, ponieważ jest to kontynuacja poprzedniej części, a chyba nikt nie lubi spojlerów :D



Jeżeli miałabym coś powiedzieć, to chyba tylko tyle: czekam na więcej. Jeżeli ktoś z Was jeszcze nie miał okazji poznać przyjaciółek, to koniecznie musi nadrobić zaległości, ponieważ już wkrótce ma ukazać się trzecia część komedii: "POSZUKIWANI, POSZUKIWANY". Ja już nie mogę się doczekać, aż po nią sięgnę. Na pewno znów spędzę miło czas :D Najbardziej ciekawi mnie jednak to, kto tym razem opowie nam swoją historię...

Facebook: https://www.facebook.com/Kolorowe-%C5%BCycie-Wikusi-227836064374205/
Snapchat: wikusia_blog
Kontakt: niezapominajkaaa@onet.pl